Bałkany – siedem uczuć, siedem zmysłów












Czy można tęsknić za miejscami, których się nie widziało? Można.
Czy można tęsknić za smakiem potrawy znanej tylko ze zdjęcia albo powieści? Czuć zapach miejsca, w którym nigdy się nie było? Wyobrażać sobie gwar ulicy, której nazwy jeszcze niedawno nie potrafiło się nawet poprawnie wymówić?
Można.
Potrzeba do tego tylko wyobraźni i wystarczająco silnego pragnienia, żeby któregoś dnia zamienić wyobrażenie w rzeczywistość. Sprawdzić, czy wymyślony wcześniej obraz ma cokolwiek wspólnego z tym, co zobaczą oczy, poczuje nos, czego dotkną dłonie i czego posmakuje język.
Chyba właśnie dlatego ciągle gdzieś mnie ciągnie. Do miejsc jeszcze nieodkrytych, których jestem ciekaw, zanim zdążę je poznać. Do nowych kolorów, zapachów, dźwięków i smaków. Podróżowanie uruchamia bowiem zmysły, których próżno szukać w podręcznikach biologii. Jest jeszcze ciekawość, zachwyt, zdziwienie, czasem rozczarowanie. Jest wreszcie to dziwne uczucie tęsknoty za czymś, czego się jeszcze nie zna.
Może właśnie dlatego w tej podróży zmysłów było siedem. A może było ich jeszcze więcej.
Tym razem padło na Bałkany. A właściwie na tę ich część, która na mojej prywatnej mapie świata nadal pozostawała białą plamą.
Serbia. Nie mogłem się doczekać, kiedy tam dotrzemy.
Kosowo. Zastanawiałem się, jak wygląda państwo, o którym wiedziałem tak niewiele.
Macedonia Północna. Kolejna zagadka. Bałkany, Słowianie, Albańczycy, prawosławie, islam, historia poplątana tak bardzo, że czasami trudno ustalić, gdzie kończy się jedna opowieść, a zaczyna druga.
Chciałem sprawdzić, ile prawdy jest w tym wszystkim, co wcześniej podsuwała mi wyobraźnia. A ciekawość rosła z każdym dniem.
Każdy z tych krajów zaskoczył nas inaczej. I właściwie każdy pozytywnie, choć nie zawsze w sposób, którego się spodziewaliśmy.
Tym razem będzie też inaczej niż w moich wcześniejszych opowieściach. Po raz pierwszy piszę w pierwszej osobie liczby mnogiej, bo prawie pięć tysięcy kilometrów pokonaliśmy we dwoje. Plus nasz bawarski czołg. 🙂
Przyznam, że przed wyjazdem miałem pewne obawy. Ciągłe przemieszczanie się, tysiące kilometrów, upał i plan, który właściwie nie był planem, mogły stać się mieszanką wybuchową.
Nie stały się.
Nawet jeśli nie wszystko było idealne, daliśmy radę.
Dziękuję, Ola! 🙂
Inaczej powstaje również sam ten tekst. Do tej pory najpierw wybierałem zdjęcia, a później wokół nich budowałem historię. Tym razem będzie odwrotnie. Najpierw powstaje opowieść – nasze przeżycia, odczucia, zaskoczenia i wrażenia – a dopiero później dobiorę do niej fotografie. Fotografie, których w chwili pisania tych słów jeszcze nawet nie oglądałem.
To eksperyment. Sam jestem ciekaw, czy powstanie z niego reportaż okraszony zdjęciami, czy jednak fotoreportaż z rozbudowaną historią.
Nasz brak planu” zawierał cztery główne cele: Serbię, Kosowo, Ochrydę w Macedonii Północnej i – już po drugiej stronie Adriatyku – San Marino. Najczęściej dopiero wieczorem ustalaliśmy, dokąd pojedziemy następnego dnia. Mieliśmy właściwie tylko jeden termin, którego naprawdę musieliśmy dotrzymać: prom z Durrës do Bari.
Poza tym byliśmy wolni.
I korzystaliśmy z tej wolności w pełni.
Dlatego ominęliśmy Prisztinę i Skopje – „miasta z kartonu”, jak określili je młodzi, sympatyczni Poznaniacy spotkani w Serbii. Sami tego nie sprawdziliśmy, więc ich opinii nie potwierdzę ani jej nie zaprzeczę. W zamian podarowaliśmy sobie dodatkowy dzień nad Jeziorem Ochrydzkim, a później jeszcze jeden nad Adriatykiem we Włoszech.
Całkowitym przypadkiem trafiliśmy również do miejsca, które dla mnie osobiście okazało się jednym z tych „ważnych” podczas całej podróży – Savignano sul Rubicone. To właśnie tam stanąłem nad rzeką, której przekroczenie przez Juliusza Cezara w 49 roku p.n.e. stało się symbolem decyzji, od której nie ma już odwrotu.
Była też wisienka na torcie.
Tyle że wyjątkowo gorzka.
Dachau.
Ale o tym później.
Na razie przed nami było prawie pięć tysięcy kilometrów. I – o dziwo – ani jednego niemiłego spotkania z policją. 🙂
Nie licząc pewnego przekraczania granicy, podczas którego strażnik zaskoczył nas prostym pytaniem:
– Dokąd jedziecie?
No właśnie…
W planie mieliśmy Kosowo. Google najwyraźniej miał jednak własny plan i wysłał nas do Czarnogóry.
Dzięki temu zobaczyliśmy takie zadupie w Czarnogórze, do którego przy zdrowych zmysłach prawdopodobnie nigdy sami byśmy nie pojechali. 🙂
I chyba właśnie na tym polega najlepsza część takich podróży. Można zaplanować kraje, kilometry, noclegi i promy.
Przygody zaplanować się nie da.
***
Kiedy z S5 wjeżdżaliśmy na A2, Ola zauważyła, że teraz jedziemy w jedną stronę, ale do domu wrócimy z przeciwnej. Niby oczywiste, a jednak dopiero wtedy naprawdę do mnie dotarło, że nie jedziemy „gdzieś i z powrotem”. Przed nami była wielka pętla. Ostatecznie licznik pokaże 4940 kilometrów, przejedziemy przez dwanaście państw, w tym dwa zupełnie nieplanowane, opuścimy Unię Europejską, przeprawimy się przez Adriatyk, a potem wrócimy do Polski od drugiej strony.
Na pierwszy postój wybraliśmy Eger. Powody były dwa: odległość i wino.
Pierwsze osiemset kilometrów przyniosło też pierwszą lekcję dotyczącą nawigacji. Google uznał, że zamiast jechać tylko przez Słowację, warto zahaczyć o Czechy. Oczywiście dla naszego dobra. Mieliśmy przecież zaoszczędzić kilka minut.
Skończyło się zakupem winiety, dodatkowymi kilometrami i czasem, którego zdecydowanie nie zaoszczędziliśmy.
Była to dopiero pierwsza odsłona spektaklu pod tytułem: „Google zna skrót”.
Jeszcze kilka razy podczas tej podróży mieliśmy się przekonać, że skrót jest pojęciem niezwykle względnym.
Eger miał nam to wynagrodzić. I częściowo wynagrodził. Był gulasz, był Egri Bikavér, był wieczorny spacer po niewielkim, ale żyjącym muzyką, knajpkami i winem mieście.
Rano pojechaliśmy jeszcze do Doliny Pięknej Pani, żeby zobaczyć słynne piwnice winne.
I tu czar trochę prysł.
Zamiast romantycznych piwnic wykutych w skale zobaczyliśmy coś, co przypominało wielką galerię handlową z winem, pamiątkami i turystyczną drobnicą z całego świata, choć zapewne głównie z Chin. Wokół sporo Polaków, mnóstwo stoisk i niewiele z atmosfery, którą wcześniej zdążyłem sobie wymyślić.
Wyjeżdżaliśmy bez większego żalu.
Przed nami była Serbia.
***
Pierwszy kraj tej podróży, o którym tak naprawdę wiedzieliśmy niewiele. I chyba właśnie dlatego ciekawił mnie tak bardzo.
Pierwsze zaskoczenie przyszło niemal natychmiast po przekroczeniu granicy: drogi. Szerokie, gładkie, dobre autostrady. Moje wyobrażenie o jeździe po Bałkanach – oparte bardziej na wcześniejszych doświadczeniach z południa Europy niż na wiedzy o Serbii – zaczęło się sypać już podczas pierwszych kilometrów.
Drugim zaskoczeniem byli kierowcy. Spokojni, bez szaleństw i bez drogowej partyzantki, której podświadomie się spodziewałem. Później podobne wrażenie mieliśmy również w Kosowie i Macedonii Północnej.
Pierwszym celem był Nowy Sad.
Duże miasto na północy Serbii, ale zupełnie inne od tego, co kilka godzin później pokaże nam Belgrad. Wieczorem centrum wypełniali młodzi ludzie. Knajpki, restauracje, rozmowy i gwar sprawiały, że miasto wydawało się lekkie, żywe i – co bardzo nam odpowiadało – jeszcze nieprzygniecione masową turystyką.
Na placu Wolności i w okolicznych ulicach można znaleźć architekturę barokową, neorenesansową i secesyjną, a monumentalna synagoga, ukończona w 1909 roku, jest jedną z największych w tej części Europy.
Ale mnie z Nowego Sadu najmocniej zapamiętało się zupełnie inne uczucie.
Zaufanie.
Nasz apartament nie był jeszcze opłacony, a rano zamierzaliśmy wyjechać wcześnie. Właściciel spokojnie zaproponował, żebyśmy należną kwotę zostawili na stole, a wychodząc… zostawili otwarte drzwi.
Ot tak.
Pieniądze na stole. Mieszkanie otwarte.
Ostatecznie rano pojawiła się pani, która odebrała należność, ale drzwi i tak mieliśmy zostawić otwarte.
Drobiazg. Kilka zdań. A jednak takie rzeczy zostają w pamięci czasem dłużej niż kolejny kościół czy pomnik.
Spędziliśmy w Nowym Sadzie tylko jeden wieczór, ale wyjeżdżaliśmy z poczuciem, że moglibyśmy zostać dłużej.
Dziewięćdziesiąt kilometrów dalej czekał Belgrad.
I zupełnie inne emocje.
Już przy wjeździe przywitał nas beton. Monumentalny, ciężki, bezkompromisowy. Genex Tower – Zachodnia Brama Belgradu – dwie połączone wieże ukończone w 1980 roku, dziś jeden z najbardziej rozpoznawalnych przykładów belgradzkiego brutalizmu. Ma 117 metrów wysokości i 35 kondygnacji. Dla miłośników tego nurtu to architektoniczna ikona.
Dla mnie?
Potężna, szara i ekstremalnie brzydka.
I właśnie ten pierwszy obraz – zapewne niesprawiedliwie – ustawił moje patrzenie na Belgrad na resztę krótkiego pobytu.
Pojechaliśmy na stare miasto właściwie tylko na śniadanie i krótki spacer. Trafiliśmy między innymi na Skadarliję, dawną dzielnicę bohemy, kojarzoną z pisarzami, poetami, malarzami i aktorami. Do dziś działają tam tradycyjne kafany, restauracje i miejsca z muzyką.
Powinno mi się podobać.
A jednak coś nie zagrało.
Usiedliśmy w jednej z restauracji. Kelner mógł być najmilszym człowiekiem pod słońcem, jedzenie mogło być świetne, a historia miejsca fascynująca, ale ja widziałem białoszarą koszulę, pluszowe krzesła i menu, które w mojej głowie pochodziło gdzieś z lat osiemdziesiątych.
To oczywiście nie był Belgrad.
To był mój Belgrad z tego jednego poranka.
I tę różnicę warto zaznaczyć.
Po młodym, gwarnym Nowym Sadzie stolica cofnęła mnie w czasie. Beton, osiedla, monumentalna architektura dawnej Jugosławii i zaniedbane fragmenty miasta mieszały mi się ze wspomnieniami śląskiego miasta z mojego dzieciństwa.
Może byliśmy tam za krótko. Prawie na pewno. Może gdybym został trzy dni, zobaczyłbym zupełnie inny Belgrad. Może ktoś, kto zna to miasto naprawdę, przeczyta te słowa i złapie się za głowę.
Ale podróż nie zawsze jest sprawiedliwa dla miejsc. Czasami daje im tydzień, czasami dwie godziny. A pierwsze wrażenie, choć powierzchowne, też jest częścią podróży.
Nas Belgrad nie zatrzymał.
Serbia miała jednak dla nas coś znacznie lepszego.
Przyrodę.
***
Jeszcze w Nowym Sadzie sympatyczna pani ze sklepu z pamiątkami opowiadała nam o parkach i górach wschodniej Serbii. Jej własne życie zresztą nadawało się na osobną historię – o tym, jak przypadek potrafi rzucić człowieka w miejsce, którego nigdy wcześniej nie brał pod uwagę.
Słuchaliśmy jej, robiliśmy coraz większe oczy, ale wiedzieliśmy, że tym razem nie damy rady. Wschód leżał zbyt daleko od naszej trasy.
Może to i dobrze.
Zawsze musi zostać jakiś powód, żeby wrócić.
My jechaliśmy na południe.
Do Uvacu.
Droga stawała się coraz węższa i bardziej kręta. Góry rosły, miasta malały, a Google ponownie postanowił pokazać nam, że zna Serbię lepiej niż Serbowie.
Bo przecież można było zaoszczędzić cztery i pół minuty.
Zaczęła się więc mała przeprawa przez drogi, których sami nigdy byśmy nie wybrali. Ale właśnie dzięki takim objazdom czasem ogląda się kraj od drugiej strony. Nie przez place, deptaki i punkty oznaczone w przewodniku jako „must see”, lecz przez podwórka, małe wsie, stacje benzynowe, przydrożne sklepy i zwykłe życie.
Im dalej jechaliśmy na południowy zachód, tym krajobraz stawał się bardziej górzysty i zielony. Zmieniała się również architektura sakralna. Obok cerkwi coraz częściej pojawiały się minarety. W okolicach Sjenicy znaleźliśmy się bowiem w Sandżaku, regionie zamieszkanym przez dużą społeczność bośniacką i muzułmańską. Serbia okazywała się znacznie mniej jednorodna, niż podpowiadały moje wcześniejsze wyobrażenia.
I tam czekał na nas Samir.
Samir – dhikra tayyiba – był sympatycznym starszym panem, wiecznie w ruchu i zawsze gotowym coś załatwić. Otaczała go duża rodzina, mówił trochę po angielsku, dużo się uśmiechał i najwyraźniej uważał, że problemy komunikacyjne najlepiej rozwiązuje się gościnnością.
Oraz rakiją.
Mocną. Domową. Pyszną.
Przywitał nas kolacją i kieliszkiem. A potem kolejnym.
To między innymi dzięki niemu dwa dni w sercu Uvacu stały się czymś zupełnie innym niż wcześniejsza część podróży.
Nowy Sad był gwarem.
Belgrad betonem.
Uvac był ciszą.
I właśnie po tę ciszę przyjechaliśmy.
Kolory lata, jedzenie przygotowywane niemal na naszych oczach, domowe słodkości i spokojny rytm dnia dawały poczucie wakacji u babci na wsi.
Tyle że u babci na wsi raczej nie ma takich widoków.
Błękitne niebo, zielone zbocza i woda wijąca się pomiędzy nimi w sposób, który z góry wydaje się niemal nierealny. Meandry Uvacu są jednym z najbardziej charakterystycznych krajobrazów Serbii, ale zdjęcia nie przygotowały mnie na skalę tego miejsca.
Z poziomu łodzi wyglądało ono zupełnie inaczej niż z góry. Płynęliśmy dalej, a rzeka co chwilę znikała za następnym zakrętem. I właśnie to działało na wyobraźnię najmocniej. Chciało się sprawdzić, co będzie dalej. Las schodzący do samej wody? Naga skała? Kolejny meander?
A może sęp płowy.
Nad Uvacem trudno go nie wypatrywać. To jeden z symboli rezerwatu. Po II wojnie światowej populacja tego gatunku w Serbii znalazła się na skraju wyginięcia; dzięki działaniom ochronnym Uvac stał się jednym z jego najważniejszych siedlisk w kraju. Rozpiętość skrzydeł sępa płowego może dochodzić do około 2,8 metra.
I tutaj ujawniły się nasze fotograficzno-obserwacyjne braki.
Ja nie zabrałem porządnego teleobiektywu.
Ola nie miała lornetki.
Pozostało więc patrzeć w niebo i liczyć, że któryś z tych olbrzymów zechce przelecieć bliżej.
Czasem chciał.
I kiedy niemal trzymetrowy cień przesuwał się nad nami, z łodzi rozlegało się zbiorowe:
– Ach…
Jakby natura specjalnie sprawdzała, czy umiemy jeszcze zachwycać się czymś bez ekranu pomiędzy okiem a światem.
Jakby tego wszystkiego było mało, popłynęliśmy jeszcze do Ledene Pećiny – Jaskini Lodowej, będącej częścią rozległego systemu jaskiń Ušac. Wejścia do niektórych z nich znajdują się bezpośrednio przy wodzie i można dotrzeć do nich łodzią.
Na zewnątrz prawie czterdzieści stopni, a w środku chłód.
Wejście do jaskini było jak zejście do innego świata. Wielkie sale, stalaktyty, stalagmity i formacje, którym wystarczyło poświęcić kilka sekund, żeby wyobraźnia zaczęła nadawać im kształty i znaczenia.
Potem korytarze się zwężały.
Na szczęście takiemu chudzielcowi jak ja nie sprawiało to większego problemu. :-))))
Szum wody pomiędzy skałami, wilgoć i światło latarek przesuwające się po ścianach tworzyły spektakl, którego scenografię natura przygotowywała przez tysiące lat.
A potem na chwilę zgasły światła.
Ciemność.
Nie taka jak w pokoju w nocy. Nie taka, do której po chwili przyzwyczajają się oczy.
Ciemność absolutna.
Nie było widać dłoni. Skał. Człowieka stojącego obok. Własnych myśli.
I wtedy pomyślałem, czym musiało być odkrywanie takich miejsc. Wąski snop światła przed sobą, ciemność za plecami, ciasne przejście, podziemna woda i świadomość, że nikt nie wie, co znajduje się za następnym zakrętem.
Pełen szacunek dla grotołazów, a klaustrofobia zdecydowanie nie może znajdować się wysoko na liście ich słabości. 🙂
A potem Uvac pokazał nam jeszcze jedną twarz.
Molitva.
Punkt widokowy położony wysoko nad meandrami. Dotarliśmy tam przed zachodem słońca.
I chyba właśnie wtedy Uvac wygrał tę podróż.
Uprzedzając wszystkie miejsca, które mieliśmy zobaczyć później: dla nas było to najpiękniejsze miejsce całego wyjazdu.
Dzikie. Spokojne. Nieokiełznane.
Słońce schodziło coraz niżej, światło przesuwało się po zboczach, a rzeka daleko pod nami wiła się pomiędzy górami.
I był to widok niemal boski.
Nieważne, którego boga się czci i czy czci się jakiegokolwiek. Patrząc z góry na meandry Uvacu, łatwo przez chwilę uwierzyć, że ktoś musiał mieć udział w projektowaniu tego miejsca.
Dwa dni z Samirem, jego rodziną i niepodrabialną rakiją minęły zdecydowanie za szybko.
Mieliśmy przecież jechać dalej. Taki był pomysł tej podróży: nie zatrzymywać się za długo, przemieszczać się, odkrywać.
Tylko że właśnie w takich miejscach człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomylił podróżowania z przemieszczaniem się.
Gdybyśmy mogli, zostalibyśmy w Uvacu dłużej.
Dla ciszy.
Dla zieleni.
Dla kolejnego wieczoru z rakiją.
Dla rzeki, która za każdym zakrętem obiecywała coś nowego.
Uvac był jak głęboki oddech po długim dniu.
Jak sen po ciężkiej pracy.
Jak cisza nocy po całym dniu hałasu.
Ale gdzieś dalej czekało Kosowo.
A ja znowu zaczynałem tęsknić za miejscem, którego jeszcze nie znałem.
***
Moja ciekawość była ogromna. Co to właściwie za miejsce? Kim są ludzie, którzy tam mieszkają? Jak wygląda codzienność w jednym z najmłodszych państw Europy, którego niepodległość wciąż nie jest uznawana przez wszystkie kraje świata? I chyba najważniejsze: ile z moich wcześniejszych wyobrażeń okaże się prawdą, a ile rozsypie się zaraz po przekroczeniu granicy?
Dziś trochę wstyd mi się do tego przyznać, ale gdzieś z tyłu głowy miałem również pytanie, jak bardzo „niecywilizowane” okaże się Kosowo. Tak właśnie działają stereotypy. Człowiek może uważać się za otwartego na świat, może podróżować, czytać i oglądać, a mimo to jedzie w nieznane z bagażem wyobrażeń, których pochodzenia nawet nie potrafi wskazać.
I może właśnie po to warto podróżować – żeby od czasu do czasu ten bagaż zostawić gdzieś przy drodze.
Z Uvacu jechaliśmy więc dalej. Z jednej strony żal było opuszczać miejsce, które tak bardzo nas urzekło, z drugiej ciekawość pchała nas w stronę Prizrenu.
Tyle że – jak już zdążyliśmy się przekonać – między naszym planem a planem Google nie zawsze panowała pełna zgodność.
Do Kosowa mieliśmy wjechać z Serbii.
Wjechaliśmy z Czarnogóry.
Bo przecież można było zaoszczędzić siedem minut.
W ten sposób zupełnie nieplanowanie zaliczyliśmy kolejny kraj i zobaczyliśmy kawałek Czarnogóry, którego zapewne żadne biuro podróży nie umieściłoby na okładce katalogu. Drogi bardzo lokalne, okolica bardzo odludna, a my coraz częściej zastanawialiśmy się, czy nawigacja rzeczywiście wie, dokąd nas prowadzi.
Wiedziała.
Przynajmniej ostatecznie.
I właśnie gdzieś tam, na jednym z przejść granicznych, padło pamiętne pytanie strażnika:
– Dokąd jedziecie?
Spojrzeliśmy na siebie.
Dobre pytanie.
W planie było Kosowo. Byliśmy w Czarnogórze. Google twierdził, że wszystko jest w najlepszym porządku.
Trudno z tym dyskutować. 🙂
W końcu przekroczyliśmy granicę i po raz kolejny podczas tej podróży pierwsze zaskoczenie przyszło, zanim jeszcze wysiedliśmy z samochodu.
Drogi.
Znowu.
Szerokie, dobre, miejscami bardzo nowoczesne. Kosowo nie wyglądało tak, jak gdzieś wcześniej zdołałem je sobie wyobrazić. Po kilku kilometrach zacząłem się wręcz zastanawiać, skąd właściwie wzięły się moje wcześniejsze oczekiwania.
Drugim zaskoczeniem byli kierowcy.
Mam swoją teorię dotyczącą jazdy samochodem na południu Europy. Im dalej na południe, tym więcej oczu powinien mieć kierowca. Dwoje normalnych, trzecie z tyłu głowy i jeszcze kilka awaryjnych na wypadek skutera pojawiającego się znikąd, samochodu wyprzedzającego tam, gdzie teoretycznie nie da się wyprzedzać, psa śpiącego na środku drogi albo policjanta, którego spotkanie potrafi mocno podnieść koszt wakacji.
Przejechałem samochodem całe południe Europy i nauczyłem się tam zasady ograniczonego zaufania w jej najbardziej rozwiniętej formie.
Tymczasem w Kosowie było… spokojnie.
Oczywiście to tylko nasze doświadczenie z określonej trasy, ale nie widzieliśmy drogowego szaleństwa, którego podświadomie się spodziewałem. Kierowcy jechali normalnie, ruch był przewidywalny, a moje dodatkowe oczy mogły trochę odpocząć.
Za to samochody odpocząć im nie pozwalały.
Bo to, co jeździło po kosowskich drogach, momentami powodowało opad szczęki. Lamborghini Urus, Bentley, BMW serii 7, Mercedesy klasy S, Maybachy, wielkie SUV-y i limuzyny, których ceny zdecydowanie nie kojarzyły mi się z obrazem Kosowa, jaki wcześniej miałem w głowie.
Ferrari chyba nie widziałem.
Albo po prostu przestałem zwracać uwagę.
Najbardziej zastanawiające było jednak co innego – ogromna część tych samochodów miała niemieckie tablice rejestracyjne. Kosowo ma liczną diasporę w Europie Zachodniej, a latem wielu ludzi wraca w rodzinne strony. My trafiliśmy właśnie na ten okres. Mam też własną teorię dotyczącą tych samochodowych luksusów, ale niech zostanie ona moja:-)
Im bliżej byliśmy Prizrenu, tym bardziej zwracało naszą uwagę jeszcze coś innego.
Albańskie flagi.
Były wszędzie. Na budynkach, balkonach, sklepach, samochodach i koszulkach. Czarny dwugłowy orzeł na czerwonym tle pojawiał się znacznie częściej, niż się tego spodziewaliśmy.
I właśnie wtedy po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, która później wracała jeszcze wielokrotnie: Kosowo wydawało nam się momentami bardziej albańskie niż sama Albania.
Oczywiście było to tylko nasze wrażenie – i do tego zbudowane przede wszystkim na Prizrenie oraz miejscach mijanych po drodze. Kosowo jest znacznie bardziej złożone, niż można ocenić przez szybę samochodu. Albański i serbski są językami urzędowymi, żyją tu również inne społeczności, a historia wzajemnych relacji Albańczyków i Serbów jest tak skomplikowana i bolesna, że zdecydowanie nie da się jej streścić pomiędzy jednym zdjęciem a drugim.
Ale podróżnik najpierw widzi.
Dopiero później zaczyna rozumieć.
My widzieliśmy czerwone flagi z czarnym orłem, meczety, albańskie napisy i ludzi, którzy – jak się za chwilę okazało – przyjęli nas z otwartymi ramionami.
Do hotelu w samym sercu Prizrenu dotarliśmy po południu i zostaliśmy przyjęci niemal jak królowie.
Naprawdę zrobiło nam się trochę głupio. Na wejściu pojawiła się praktycznie cała rodzina: mama, tata i dwóch synów. Starszy mówił po angielsku, co bardzo ułatwiło sprawę, bo nasz albański ograniczał się mniej więcej do zera.
Zanim zdążyliśmy dobrze zorientować się w sytuacji, zaopiekowano się nami, bagażami i samochodem. Wszystko z uśmiechem, bez pośpiechu i z takim rodzajem naturalnej gościnności, którego nie da się nauczyć na szkoleniu dla hotelarzy.
To była jedna z tych sytuacji, kiedy po kilku minutach człowiek przestaje czuć się klientem.
Staje się gościem.
I być może właśnie dlatego Prizren od początku nam się spodobał.
Miasto nie jest wielkie, co przy specyfice tej podróży okazało się zaletą. Mieliśmy jedno popołudnie i poranek, a mimo to mogliśmy spokojnie pospacerować po historycznym centrum, usiąść w knajpce, popatrzeć na ludzi i jeszcze wdrapać się na twierdzę.
Prizren ma zresztą w sobie coś, czego podczas tej podróży szukaliśmy: różne historie nakładają się tutaj na siebie zamiast grzecznie stać osobno. Meczet Sinana Paszy z początku XVII wieku, cerkwie, kościoły katolickie, osmańska zabudowa, kamienny most, stare uliczki i twierdza górująca nad miastem tworzą krajobraz, w którym trudno narysować prostą granicę pomiędzy Wschodem i Zachodem.
Sama twierdza jest jeszcze starszą opowieścią. Wzgórze było zamieszkane już w czasach prehistorycznych, a kolejne epoki zostawiały tam swoje ślady: starożytność, Bizancjum, średniowiecze i czasy osmańskie. Z góry widać więc współczesne miasto, stojąc jednocześnie na kilku tysiącach lat historii.
Tyle historii, a pod nią współczesne miasto pełne młodych ludzi.
Podobnie jak wcześniej w Nowym Sadzie, wieczorem stare centrum należało właśnie do nich. Restauracje i kawiarnie były pełne, ludzie spacerowali, rozmawiali, siedzieli nad rzeką. Było gwarno, ale nie męcząco. Turystycznie, ale jeszcze bez poczucia, że całe miasto zostało stworzone wyłącznie po to, żeby sprzedać przyjezdnym magnes na lodówkę.
Usiedliśmy oczywiście i my.
A skoro siedzieliśmy, należało sprawdzić, co miejscowi mają do zaoferowania.
Religia religią, ale lokalne wino i piwo również miały się dobrze. 🙂
Następnego dnia przyszedł czas na twierdzę – Kalaję e Prizrenit.
I tutaj pojawił się drobny problem.
Było około czterdziestu stopni, a twierdza, jak to twierdza, miała tę irytującą właściwość, że znajdowała się na górze.
Ruszyliśmy.
Po kilku minutach zaczęliśmy się zastanawiać, czy widok rzeczywiście jest tego wart. Po kolejnych – dlaczego człowiek na wakacjach dobrowolnie robi sobie takie rzeczy.
Ale oczywiście było warto.
Prizren leżał pod nami jak na dłoni. Stare miasto, dachy, minarety, kościelne wieże, nowsze dzielnice, a dalej góry. Z góry jeszcze lepiej było widać, jak różne warstwy tego miejsca leżą obok siebie, czasami harmonijnie, czasami zupełnie bez ładu.
Pot lał się z nas litrami, ale widok wynagradzał wszystko.
Po zejściu mogliśmy już z czystym sumieniem wzmocnić organizm czymś lokalnym, a potem zanurzyć się w uliczkach i straganach. Obok typowej turystycznej chińszczyzny można było znaleźć również lokalne rękodzieło i rzeczy rzeczywiście wykonane na miejscu.
I jeszcze jeden drobiazg, bardzo praktyczny dla podróżujących: w Kosowie płaci się euro.
Kosowo nie należy ani do Unii Europejskiej, ani do strefy euro i nie ma umowy monetarnej z Unią. Euro funkcjonuje tam jednak jako waluta de facto. Dla nas oznaczało to po prostu brak kolejnego kantoru, przeliczania cen i następnych monet, które po powrocie przez kilka lat mieszkają w szufladzie.
I chyba właśnie takie drobne paradoksy najbardziej mnie tam fascynowały.
Z jednej strony niezwykle silnie widoczna albańska tożsamość. Z drugiej – euro, drogie samochody na niemieckich numerach, diaspora, współczesne restauracje i kawiarnie, młodzi ludzie żyjący podobnie jak ich rówieśnicy w innych częściach Europy.
A ja przed przyjazdem zastanawiałem się, jak bardzo „niecywilizowane” będzie Kosowo.
No właśnie.
Podróże czasami bardzo elegancko pokazują człowiekowi, gdzie może sobie wsadzić własne stereotypy. 🙂
Prizren pozostał jedynym miejscem w Kosowie, w którym zatrzymaliśmy się na dłużej. Nie liczę mijanych po drodze wsi i miasteczek. Prisztina znajdowała się wprawdzie w pierwotnym zarysie naszej trasy, ale po rozmowie z parą młodych Polaków zrezygnowaliśmy.
To oni nazwali ją „miastem z kartonu”.
My tego nie zweryfikowaliśmy.
Dlatego nie będę udawał, że wiem, jaka jest Prisztina. Być może popełniliśmy błąd. Być może właśnie tam czekałoby na nas kolejne zaskoczenie, a ja po powrocie pisałbym teraz coś zupełnie innego.
Ale podróżowanie bez sztywnego planu ma również tę stronę: czasami trzeba wybrać, czego się nie zobaczy.
Komunistycznej i postkomunistycznej architektury mieliśmy jeszcze sporo świeżo w pamięci po Belgradzie. Prizren zobaczyliśmy na tyle dokładnie, że nie czuliśmy niedosytu, a przed nami była kolejna biała plama na mojej prywatnej mapie.
Macedonia Północna.
I gdzieś podczas jazdy pojawiła się myśl, której przed przyjazdem zupełnie się nie spodziewałem.
Do Kosowa chciałbym kiedyś wrócić.
Tylko że to miejsce trafiło właśnie na bardzo niewygodną listę.
Listę miejsc, do których chciałbym wrócić, choć na świecie jest jeszcze tyle innych, których w ogóle nie widziałem.
A przecież za nimi też już tęsknię.
***
Z Kosowa ruszyliśmy dalej, w stronę Macedonii Północnej. Granicę przekroczyliśmy niedaleko Skopje i właściwie powinniśmy byli pojechać właśnie tam. Stolica znajdowała się w pierwotnym planie, ale zadziałało dokładnie to samo źródło informacji, które wcześniej odciągnęło nas od Prisztiny. Młodzi Polacy spotkani po drodze określili Skopje podobnie – jako kolejne „miasto z kartonu”.
I znowu: nie sprawdziliśmy, więc nie będę udawał, że wiem, jakie jest Skopje. Być może ominęliśmy coś fascynującego. Być może wielkie pomniki, monumentalne fasady i słynny projekt przebudowy centrum zrobiłyby na nas zupełnie inne wrażenie. Wtedy jednak mieliśmy już za sobą Belgrad, przed sobą Ochrydę, a czasu jak zwykle mniej niż miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć.
Skręciliśmy więc w prawo i pojechaliśmy nad jezioro.
Macedonia Północna była kolejnym krajem, który od dawna drażnił moją ciekawość. Wiedziałem o nim zdecydowanie za mało, a niewiedza – jak już zdążyłem się podczas tej podróży przekonać – bardzo dobrze karmi wyobraźnię.
Kim właściwie są Macedończycy? Grekami? Słowianami? Jakim językiem mówią? Skąd wzięła się Macedonia Północna, skoro na mapie Grecji również znajduje się Macedonia?
Odpowiedź na pierwsze pytanie okazała się najprostsza: Macedończycy tworzą odrębny naród, a język macedoński należy do grupy języków południowosłowiańskich. Znaczącą część mieszkańców kraju stanowią Albańczycy. Największą wspólnotą religijną jest prawosławie, ale islam również jest ważną częścią religijnego krajobrazu kraju – szczególnie w regionach zamieszkanych przez Albańczyków i Turków.
Bałkany po raz kolejny pokazywały nam, że proste szufladki działają tutaj wyjątkowo źle.
Sama nazwa państwa jest zresztą najlepszym przykładem tego, jak mocno historia potrafi wpływać na współczesność. Przez lata Grecja sprzeciwiała się używaniu przez sąsiada nazwy „Macedonia”, ponieważ Macedonia jest również nazwą historycznego i geograficznego regionu obejmującego znaczną część północnej Grecji. Spór trwał prawie trzy dekady. Dopiero porozumienie podpisane w 2018 roku nad jeziorem Prespa doprowadziło do zmiany nazwy państwa, która oficjalnie weszła w życie w 2019 roku: Republika Macedonii Północnej.
Jedno słowo – „Północna” – a za nim lata polityki, historii, emocji i sporów o tożsamość.
Może właśnie dlatego Bałkany są tak fascynujące. Tutaj nazwa państwa, pomnik, alfabet albo świątynia potrafią opowiadać historię znacznie dłuższą niż ich własne istnienie.
Nas jednak w tamtej chwili bardziej od historii interesowała droga.
I po raz kolejny drogi nas zaskoczyły.
Na trasie w kierunku Ochrydy widać było ogromne inwestycje. Nowe odcinki, wiadukty, budowy ciągnące się kilometrami. Mieliśmy wrażenie, że za jakiś czas przejazd przez tę część kraju będzie wyglądał zupełnie inaczej.
Stara droga miała za to pewien urok ekonomiczny. Co jakiś czas pojawiały się bramki, na których płaciliśmy równowartość kilkudziesięciu centów albo jednego euro. Po wcześniejszych doświadczeniach z autostradą A2 w Polsce kwoty wydawały się niemal symboliczne.
Była to pierwsza zapowiedź czegoś, co później zauważyliśmy wielokrotnie.
Macedonia Północna była dla nas po prostu tania.
Po drodze popełniliśmy natomiast błąd.
Minęliśmy Kanion Matka.
Nie wiem, czy zadziałało zmęczenie, czy zapatrzyliśmy się już w stronę Ochrydy, ale odpuściliśmy miejsce, które – patrząc później na zdjęcia – mogło dostarczyć nam podobnych uniesień jak Uvac.
Nie da się jednak zobaczyć wszystkiego.
To jedno z tych zdań, które podróżnik powtarza sobie bardzo często, choć nigdy do końca w nie nie wierzy.
Ochryda miała nam tę stratę wynagrodzić.
I wynagrodziła.
Chociaż niezupełnie tak, jak się spodziewaliśmy.
Wybraliśmy ją jako jeden z głównych celów całej podróży. Po Serbii, Kosowie, setkach kilometrów i ciągłym przemieszczaniu się chcieliśmy trochę zwolnić. Odpocząć. Naładować akumulatory przed drugą częścią wyprawy.
Bez jogi, medytacji i innych azjatyckich czarów, a miały nam wystarczyć cisza, góry i jezioro.
Problem polegał na tym, że podobny pomysł miało najwyraźniej pół Europy.
Ochryda w sierpniu nie była cicha.
Była pełna Macedończyków, Polaków, Włochów, Niemców i przedstawicieli wielu innych narodów, którzy najwyraźniej również postanowili ładować akumulatory dokładnie w tym samym miejscu i dokładnie w tym samym czasie.
Stare miasto było piękne. Wąskie uliczki pięły się po zboczu, spomiędzy domów co chwilę pojawiał się błękit jeziora, a cerkwie wyrastały tam, gdzie człowiek najmniej się ich spodziewał. Tylko zamiast ciszy dostaliśmy gwar, tłum i wakacyjny chaos.
Trochę żałowaliśmy, że nie wybraliśmy noclegu gdzieś poza miastem, w spokojniejszym miejscu nad jeziorem.
Ale bogowie i wszyscy prawosławni święci niech bronią – nie zamierzam marudzić. 🙂
Skoro nie mogliśmy mieć całej Ochrydy dla siebie, trzeba było wykroić z niej własną.
I zaczęliśmy od ciała.
Konkretnie od wina.
Vranec.
Tamjanika.
Po całym dniu jazdy pierwszy kieliszek smakował wybornie. Być może swoje zrobiło zmęczenie, może temperatura, może świadomość, że następnego dnia nie musimy od razu pakować walizek do samochodu. Ale muszę przyznać, że właśnie tutaj piliśmy jedne z najlepszych win tej podróży.
Zresztą cała nasza wyprawa odbywała się trochę pod patronatem lokalnych win. Skoro już jechaliśmy przez tyle krajów, grzechem byłoby nie sprawdzić, co każdy z nich potrafi zamknąć w butelce.
Oczywiście dla zachowania równowagi w każdym kraju próbowałem również lokalnego piwa. Człowiek powinien być przecież rzetelny w badaniach. 🙂
W Macedonii szczególnie przypadły nam do gustu Vranec – mocny, ciemny, bałkański szczep czerwonych winogron – oraz aromatyczna biała Tamjanika. Wina z Tikvešu czy Bovin sprawiały, że bardzo łatwo znajdowaliśmy powód, żeby gdzieś przysiąść.
Kieliszek wina, ciepły wieczór i jezioro.
Akumulatory zaczynały się ładować.
Następnego dnia przyszedł czas na te duchowe.
I tutaj Ochryda rzeczywiście pokazała, dlaczego od tak dawna przyciąga ludzi.
Samo jezioro jest czymś znacznie więcej niż ładnym tłem dla wakacyjnych fotografii. Ma około dwóch–trzech milionów lat i należy do najstarszych jezior Europy. Przez ten niewyobrażalnie długi czas powstał w nim osobny świat – ponad dwieście gatunków roślin i zwierząt występuje tylko tutaj.
Dwa albo trzy miliony lat.
Próbowałem to sobie wyobrazić, stojąc nad brzegiem.
Nie potrafiłem.
Człowiek ze swoim życiem, planami, problemami, pracą, rachunkami i poczuciem własnej ważności staje nad wodą, która była tutaj miliony lat przed nim i – jeśli jej nie zniszczymy – zapewne będzie długo po nim.
W takich miejscach perspektywa bardzo szybko się zmienia.
Woda była niezwykle przejrzysta. Nawet kiedy odpływaliśmy dalej od brzegu, nadal można było zaglądać pod powierzchnię. Jezioro ma około 36 kilometrów długości, miejscami prawie 15 kilometrów szerokości i niemal 300 metrów głębokości, ale liczby niewiele mówią, kiedy stoi się nad nim rano i patrzy na góry po drugiej stronie.
Znacznie lepiej robi to cisza.
Tę prawdziwą znajdowaliśmy przede wszystkim w cerkwiach.
Małych, starych, ciemnych, pachnących dymem świec i kadzidłem. Człowiek wchodzi z rozgrzanej ulicy i nagle zostawia za drzwiami hałas, słońce i tłum.
Nie trzeba być religijnym, żeby takie miejsca działały.
Może nawet nie chodzi o religię. Może o świadomość, że przez setki lat ludzie przychodzili tutaj ze swoimi lękami, nadziejami, prośbami i wdzięcznością. Że stali w tym samym półmroku i patrzyli na te same ikony.
Na chwilę człowiek przestaje się spieszyć.
Najbardziej pocztówkowym miejscem Ochrydy jest chyba cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo. Niewielka świątynia stoi na skalistym zboczu nad samym jeziorem i wygląda tak, jakby ktoś najpierw wymyślił idealny kadr, a dopiero później postawił w nim cerkiew.
Oczywiście nie byliśmy jedynymi, którzy to zauważyli. Każdy chciał mieć swoje zdjęcie.
My też.
Na pobliskich wzgórzach malarze robili to samo po staremu – zamiast aparatu mieli płótno i farby. I chyba właśnie oni najlepiej pasowali do tego krajobrazu.
Można było godzinami chodzić po starym mieście, zaglądać do kolejnych świątyń, wspinać się uliczkami i co chwilę zatrzymywać dla widoku na jezioro.
My postanowiliśmy również zobaczyć je od strony wody.
Popłynęliśmy do monasteru św. Nauma, niemal przy granicy z Albanią. Sam klasztor położony jest nad jeziorem, wśród zieleni, i – jak niemal wszystko w tej okolicy – oferuje widok, przy którym aparat sam zaczyna prosić o wyjęcie z torby.
Tyle że św. Naum przygotował dla nas coś jeszcze.
Przy wejściu do cerkwi siedział brodaty zakonnik. Spojrzał na Olę i najwyraźniej dostrzegł w niej bardzo dobrą i pozytywną osobę, bo zaczął ją obdarowywać.
Dostała więc święte obrazki, które na naszą wyraźną prośbę podpisał, i kilka ofiarnych świeczek.
Ze świeczkami pojawił się jednak problem.
Za diabła nie chciały stać.
Próbowaliśmy umieścić je w przeznaczonym do tego miejscu, ale uparcie zwisały niczym zdechłe marchewki.
I do dziś nie wiem, czy nasze prośby i modlitwy zostały dzięki temu wysłane do góry, ku dobrym duchom, czy może jednak skierowały się w dół.
Wprawdzie w święconą ziemię.
Ale nigdy nie wiadomo, co czai się jeszcze niżej. 🙂
Po drodze do św. Nauma zatrzymaliśmy się również w Zatoce Kości – Bay of Bones – rekonstrukcji prehistorycznej osady na palach. Pod wodą odkryto pozostałości tysięcy drewnianych pali oraz ślady osadnictwa z epoki brązu i żelaza. Dzisiaj na ich podstawie odtworzono fragment osady, pokazując, jak mogło wyglądać życie ludzi nad Jeziorem Ochrydzkim tysiące lat temu.
Trochę taki nasz Biskupin, tylko na wodzie i z bałkańskimi górami w tle.
Warto zobaczyć, ale szczerze mówiąc, mnie znacznie bardziej poruszały miejsca, w których historia pozostała na swoim miejscu, zamiast zostać odbudowana dla turystów.
Takim miejscem był antyczny teatr w Ochrydzie.
Usiadłem na kamiennych stopniach i tym razem wyobraźnia dostała znacznie więcej przestrzeni.
Teatr powstał w epoce hellenistycznej, jeszcze przed przejęciem tych terenów przez Rzymian. Później Rzymianie wykorzystywali go do własnych widowisk. Po upowszechnieniu chrześcijaństwa został opuszczony i z czasem zasypany, dzięki czemu część budowli przetrwała do naszych czasów.
Dzisiaj znowu odbywają się tam koncerty i przedstawienia.
Lubię takie miejsca.
Kamień zostaje, ludzie się zmieniają.
Przez dwa tysiące lat publiczność siedzi niemal w tym samym miejscu, tylko spektakl jest inny.
Ochryda miała też swoją bardziej przyziemną specjalność.
Perły.
Perły ochrydzkie nie są jednak perłami w klasycznym znaczeniu. To ręcznie wykonywana biżuteria, której charakterystyczną powierzchnię uzyskuje się tradycyjną metodą związaną z miejscowymi rybami. Dokładne receptury są pilnie strzeżonymi rodzinnymi tajemnicami, a z ich wyrobem od pokoleń kojarzone są przede wszystkim rodziny Filevi i Talevi.
Oczywiście w sklepach można znaleźć „perły ochrydzkie” niemal wszędzie.
Ale jeżeli sprzedaje je ktoś pomiędzy magnesem z Chin a plastikowym Aleksandrem Wielkim, istnieje pewne ryzyko, że rodzinny sekret produkcji znajduje się jednak gdzieś w okolicach Shenzhen. 🙂
Mnie natomiast zupełnie niespodziewanie przyciągnęło inne miejsce.
Galeria afrykańska.
Niedaleko cerkwi św. Zofii trafiliśmy na galerię macedońskiej fotografki i podróżniczki Biljany Jurukovski. Weszliśmy właściwie z ciekawości, a zostaliśmy znacznie dłużej, niż planowaliśmy.
Na ścianach wisiały fotografie z Afryki.
Portrety. Ludzie. Miejsca.
I nagle w Macedonii, kilka tysięcy kilometrów od Afryki, zobaczyłem na cudzych fotografiach obrazy, które sam wcześniej fotografowałem. Te same motywy, podobne twarze, znajome krajobrazy.
Podróże czasami robią takie dziwne pętle.
Jedziesz szukać czegoś zupełnie nowego, a nagle znajdujesz kawałek miejsca, które już znasz.
Może właśnie dlatego wróciliśmy do tej galerii jeszcze raz.
Nie po to, żeby coś kupić.
Żeby jeszcze trochę popatrzeć.
A po kilku dniach przyszedł czas ruszyć dalej.
I wtedy pojawiło się pytanie, które wraca do mnie właściwie podczas każdej podróży.
Co jest silniejsze?
Smutek, że wyjeżdżasz i zostawiasz coś za sobą?
Czy radość, że za następnym zakrętem czeka miejsce, którego jeszcze nie znasz?
W Ochrydzie po raz kolejny nie znalazłem odpowiedzi.
Może jedno bez drugiego nie istnieje.
Może właśnie dlatego podróżujemy.
Żeby zatęsknić za miejscem, z którego wyjeżdżamy, i jednocześnie tęsknić za tym, do którego jeszcze nie dotarliśmy.
Przed nami była Albania.
***
Granica znajdowała się właściwie tuż obok. Monaster św. Nauma leży zaledwie kilka kilometrów od niej, więc wystarczyło objechać kawałek jeziora i po chwili znaleźliśmy się w kolejnym kraju.
Albania nie była zupełnie nieznana. Byłem tu już wcześniej, ale tym razem mieliśmy zobaczyć ją trochę inaczej – od strony Macedonii Północnej przejechać przez kraj aż do Durrës, skąd czekał nas nocny prom do Bari.
I właśnie ten prom był problemem.
Nie sam prom oczywiście, tylko czas.
Przez większość tej podróży mogliśmy właściwie robić, co chcieliśmy. Zostać gdzieś dłużej, skrócić pobyt, zmienić trasę, ominąć miasto albo nagle znaleźć się w Czarnogórze, bo Google postanowił zaoszczędzić siedem minut.
Prom nie miał poczucia humoru.
Miał godzinę odpłynięcia.
Po raz pierwszy od wielu dni pojawiło się więc coś, czego podczas tej wyprawy staraliśmy się unikać – konieczność bycia w konkretnym miejscu o konkretnej porze.
Zanim jednak dotarliśmy do Durrës, zboczyliśmy trochę z drogi do Beratu.
Miasta tysiąca okien.
Widziałem wcześniej zdjęcia białych osmańskich domów wspinających się po zboczu i charakterystycznych rzędów okien patrzących w stronę rzeki Osum. Wiedziałem mniej więcej, czego się spodziewać.
Nie wiedziałem tylko, że będziemy oglądać je w temperaturze, w której człowiek zaczyna poważnie zastanawiać się, czy zwiedzanie jest rzeczywiście niezbędnym elementem podróżowania.
Termometr pokazywał około czterdziestu dwóch stopni.
Cienia było za mało. Słońca zdecydowanie za dużo.
Berat, wpisany razem z Gjirokastrą na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jest jednym z najlepiej zachowanych przykładów historycznego miasta osmańskiego na Bałkanach. Po jednej stronie rzeki wznosi się Mangalem z białymi domami przyklejonymi do zbocza, po drugiej Gorica, a wysoko nad nimi góruje twierdza.
Normalnie człowiek patrzy na taki widok i myśli: pięknie.
Przy czterdziestu dwóch stopniach myśli najpierw: gdzie jest cień?
Dopiero potem: pięknie.
Albania pachniała tego dnia rozgrzanym kamieniem. Powietrze niemal stało w miejscu, ulice falowały od gorąca, a każdy kawałek cienia był dobrem strategicznym.
I wtedy pojawił się granat.
Nie owoc.
Sok.
Świeżo wyciskany, zimny, z lodem. Nieważne skąd ten lód. Ważne, że zimny.
Nie wiem, czy rzeczywiście był to najlepszy sok z granatu na świecie. Prawdopodobnie nie. Ale istnieją smaki, których nie da się oceniać obiektywnie, bo połowę ich wartości tworzy chwila.
Ten miał w sobie czterdzieści dwa stopnie upału, zmęczenie, kurz, rozgrzany Berat i szklankę zimnego, cierpkiego płynu trzymaną w dłoni.
I smakował genialnie.
Właśnie takie rzeczy zostają później w pamięci. Nie nazwa restauracji, nie numer drogi, czasami nawet nie kolejna data z przewodnika, tylko smak, zapach i temperatura.
Może dlatego podróże pamięta się całym ciałem.
Już w drodze do portu, na zwykłej krajowej drodze, przypomniała nam się jeszcze jedna rzecz, którą lubię w Albanii.
Przydrożne stragany.
I arbuzy.
Ogromne, dojrzałe, leżące przy drodze i wyglądające tak, jakby właśnie na nas czekały.
Postanowiliśmy kupić jednego.
A właściwie dwa.
Teoretycznie nic prostszego.
Problem pojawił się, kiedy chcieliśmy dogadać się ze sprzedawcą. My nie mówiliśmy po albańsku. On nie mówił po angielsku, niemiecku ani w żadnym innym języku, który mógłby nam w tej chwili pomóc.
Pozostał więc najbardziej międzynarodowy język świata.
Ręce.
I translator.
Nie wiem, ile dokładnie trwały negocjacje, ale ostatecznie wszyscy byli zadowoleni.
My mieliśmy arbuzy, sprzedawca pieniądze, a Ola i ja kolejną historię, którą można było później opowiadać znacznie dłużej, niż trwało samo kupowanie.
To też lubię w podróżowaniu.
W domu człowiek idzie do sklepu, bierze arbuza, przykłada kartę i wychodzi.
Koniec historii.
W Albanii kupno arbuza może stać się wydarzeniem dnia.
A Durrës czekało.
A właściwie nie Durrës.
Prom.
Ruszyliśmy więc w stronę wybrzeża. Krajobraz zmieniał się, ruch gęstniał, a im bliżej byliśmy morza, tym wyraźniej wracała Albania, którą pamiętałem z poprzedniej wizyty – bardziej chaotyczna, głośniejsza, żyjąca własnym rytmem.
Durrës nie miało być tym razem celem.
Miało być bramą.
Dojechaliśmy do portu z odpowiednim zapasem czasu i po raz pierwszy od początku wyprawy musieliśmy podporządkować się procedurze. Dokumenty, kolejka, odprawa, samochody ustawiające się przed wjazdem na prom.
Po dniach, w których sami decydowaliśmy, kiedy ruszamy i kiedy się zatrzymujemy, nagle ktoś inny mówił nam, gdzie mamy stanąć i kiedy możemy jechać.
Nasz bawarski czołg grzecznie wtoczył się więc do brzucha statku.
Zgasiliśmy silnik.
I to było dziwne uczucie.
Przez ostatnie dni samochód był naszym małym domem, magazynem, garderobą, środkiem transportu i jedynym stałym punktem w ciągle zmieniającym się krajobrazie. Każdego ranka wrzucaliśmy do niego rzeczy i jechaliśmy dalej.
Teraz zostawał kilka pokładów niżej.
A my przez noc nie mieliśmy jechać nigdzie.
Morze miało zrobić to za nas.
Wyszliśmy na pokład.
Za rufą zostawały światła Durrës, a gdzieś za nimi Albania, Macedonia Północna, Kosowo, Serbia i wszystkie drogi, którymi przejechaliśmy w ostatnich dniach.
Przed nami była ciemność Adriatyku.
A jeszcze dalej Włochy.
Bari.
Po raz pierwszy od początku podróży mogliśmy przestać patrzeć na drogę. Nie trzeba było sprawdzać nawigacji, szukać zjazdu, wypatrywać policji ani zastanawiać się, czy Google znowu znalazł skrót przez jakiś dodatkowy kraj.
Statek znał drogę.
My mogliśmy po prostu patrzeć.
I wtedy pomyślałem, że podróż samochodem ma jedną wadę – człowiek niemal cały czas patrzy przed siebie.
Na drogę.
Na następny zakręt.
Na kolejne miejsce.
Na to, co będzie za chwilę.
Dopiero stojąc na pokładzie promu i patrząc na znikające światła Albanii, mogliśmy przez moment spojrzeć za siebie.
Nie tylko na Durrës.
Na Nowy Sad. Belgrad. Uvac. Prizren. Ochrydę. Berat.
Nazwy, które jeszcze kilka dni wcześniej były tylko punktami na mapie, miały już kolor, zapach, smak albo twarz konkretnego człowieka.
Samira z rakiją.
Rodziny z hotelu w Prizrenie.
Zakonnika patrzącego na Olę.
Sprzedawcy arbuzów, z którym nie potrafiliśmy zamienić ani jednego wspólnego słowa.
Jeszcze kilka dni wcześniej wszystkie te miejsca były przede wszystkim nazwami.
Teraz były wspomnieniami.
Światła Albanii powoli znikały.
Przed nami było Bari.
***
Poranek na promie ma w sobie coś dziwnego.
Człowiek zasypia w jednym kraju, a budzi się w drugim. Nie ma granicy, znaku przy drodze ani budki z pogranicznikiem, który zagląda do paszportu.
Jest tylko morze.
A potem na horyzoncie pojawia się ląd.
Włochy.
A właściwie nie po prostu Włochy.
Bari.
***
Nasze – a może powinienem powiedzieć moje – ulubione miejsce we Włoszech.
I Bari przywitało nas tak, jakby wiedziało, że darzymy je uczuciem. Znośną temperaturą, pustymi jeszcze o tej porze lokalami i – co chyba należałoby uznać za największy dowód sympatii ze strony włoskiego miasta – miejscem parkingowym niemal w samym Bari Vecchia.
Kto próbował zaparkować samochód w starym włoskim mieście, ten wie, że takie rzeczy ocierają się o cud.
Byliśmy tutaj już wcześniej, jesienią, dlatego tym razem nie mieliśmy potrzeby zaliczania zabytków, biegania z mapą ani sprawdzania, co koniecznie „trzeba zobaczyć”.
My chcieliśmy sprawdzić, czy Bari nadal jest nasze.
Było.
Chociaż jedną zmianę zauważyliśmy niemal natychmiast.
Ceny poszły mocno w górę.
Poziom wina w kieliszkach – wyraźnie w dół.
Widocznie sezon wakacyjny rządzi się własnymi prawami. 🙂
Na szczęście cała reszta pozostała na swoim miejscu.
Bari Vecchia nadal było plątaniną ciasnych uliczek, balkonów, suszącego się prania, skuterów, małych placów i kamiennych domów stojących tak blisko siebie, jakby mieszkańcy od stuleci prowadzili przez okna jedną niekończącą się rozmowę. Układ tych ulic pamięta jeszcze czasy bizantyjskie i może właśnie dlatego tak łatwo stracić w nich orientację.
Tyle że tutaj zgubienie się nie jest problemem.
Jest sposobem zwiedzania.
Można wejść w jedną uliczkę, skręcić w drugą, potem w trzecią i po kilkunastu minutach nie mieć najmniejszego pojęcia, gdzie się jest. Za kolejnym rogiem pojawia się mały plac, kapliczka, restauracja, otwarte drzwi czyjegoś domu albo starsza pani zajęta czymś, co robiła zapewne dokładnie tak samo wczoraj, dziesięć lat temu i trzydzieści lat temu.
I nigdzie nie trzeba się spieszyć.
A przynajmniej nie należałoby.
My niestety czasu mieliśmy niewiele.
Dlaczego tak lubimy Bari?
Za klimat.
Za jedzenie.
Za ośmiornicę podawaną na dziesiątki sposobów.
Za koninę, która dla wielu może brzmieć egzotycznie, a w Apulii jest częścią lokalnej tradycji kulinarnej.
Za zakupy, które tym razem mogliśmy wreszcie nadrobić, bo podróż samochodem daje zdecydowanie większe możliwości transportowe niż samolot.
Za uliczki, w których można zgubić kilka godzin.
I chyba przede wszystkim za nasze własne wspomnienia z poprzedniego pobytu.
Bo powrót do miejsca różni się od jego odkrywania.
Kiedy jesteś gdzieś pierwszy raz, ciągle patrzysz przed siebie.
Co jest za rogiem?
Co jeszcze trzeba zobaczyć?
Dokąd teraz?
Kiedy wracasz, patrzysz inaczej.
– Pamiętasz?
To słowo pojawia się zadziwiająco często.
Pamiętasz tę uliczkę?
Pamiętasz, gdzie siedzieliśmy?
Pamiętasz, co tutaj jedliśmy?
Pamiętasz tamten wieczór?
Usiedliśmy więc przy jakimś zagubionym placyku na śniadanie i zamiast zastanawiać się, co jeszcze koniecznie musimy zobaczyć, rozglądaliśmy się dookoła.
Pamiętasz?
I chyba właśnie dlatego tak dobrze wraca się do miejsc, które wcześniej zostawiły po sobie coś więcej niż fotografie.
Później był krótki spacer po mieście i kieliszek dobrego wina w miejscu, które już znaliśmy, niedaleko fortecy.
Kieliszek oczywiście tylko dla pasażera.
Kierowca mógł popatrzeć.
Ewentualnie powąchać.
Życie nie zawsze jest sprawiedliwe. 🙂
Nie mieliśmy tym razem czasu, żeby godzinami włóczyć się po Bari Vecchia. Nie dotarliśmy do wszystkich miejsc, które pamiętaliśmy, i nie próbowaliśmy nawet tego robić.
Nie było potrzeby.
Bari nie musiało już niczego nam udowadniać.
Mogliśmy po prostu przez chwilę tam być i zjeść śniadanie.
Usiąść na placu, lub przejść znajomą uliczką.
Przypomnieć sobie poprzednią podróż.
Miło wracać do miejsc, o których myśli się z szerokim uśmiechem.
Miło usiąść przy zagubionym placyku, patrzeć na toczące się obok życie i co chwilę zadawać sobie to samo pytanie:
– Pamiętasz?
Miło jest być w Bari.
Po prostu.
***
Z wielką przyjemnością zostalibyśmy dłużej, ale przed nami był kolejny z głównych punktów tej podróży – San Marino.
Ruszyliśmy więc na północ, starając się z jednej strony jak najbardziej zbliżyć do celu, a z drugiej znaleźć nocleg gdzieś na uboczu.
I znaleźliśmy.
Nazwijmy to miejsce S.
Miasteczko nad Adriatykiem, mniej więcej osiemdziesiąt kilometrów od San Marino.
Miało być tylko noclegiem.
Takim miejscem pomiędzy jednym a drugim. Przyjechać, zjeść, przespać się, rano wsiąść do samochodu i ruszyć dalej.
Tyle że S. najwyraźniej nie znało naszego planu.
Spodobało nam się tak bardzo, że pomysł jednego noclegu bardzo szybko przestał obowiązywać.
Zostaliśmy dzień dłużej.
S. nie jest nawet szczególnie małe. Mieszka tam około czterdziestu kilku tysięcy ludzi, nad Adriatykiem ciągnie się kilometrami szeroka plaża, jest historyczne centrum, mnóstwo hoteli i naprawdę dobra oferta restauracyjna.
Teoretycznie wszystko, czego potrzeba, żeby w sierpniu zostać opanowanym przez turystów.
Tylko że turystów prawie nie było.
A przynajmniej takich jak my.
Byli Włosi.
Włosi na plaży.
Włosi w restauracjach.
Włosi w hotelach.
Włosi na ulicach.
Włosi we własnym sosie.
Czuliśmy się trochę tak, jakbyśmy przez przypadek weszli na prywatne przyjęcie rodzinne i dopiero po chwili zorientowali się, że nikt nas wprawdzie nie wyrzuca, ale też nikt specjalnie nie przewidywał naszej obecności.
Największym zaskoczeniem był język.
Sto kilometrów dalej, w Rimini, bez problemu można funkcjonować w turystycznej wieży Babel. W San Marino – uprzedzając trochę fakty – czasami można odnieść wrażenie, że zaraz ktoś odezwie się do człowieka po polsku.
Tutaj?
Italiano.
Tylko.
Poza kilkoma wyjątkami – recepcjonistką, panią w sklepie z wędlinami i winem oraz szefem kuchni w jednej z pizzerii – praktycznie nikt, z kim mieliśmy kontakt, nie mówił w innym języku niż włoski.
I nagle we Włoszech, kraju przecież doskonale przygotowanym na turystów, wróciliśmy do metod komunikacji znanych nam z albańskiego straganu z arbuzami.
Translator.
Ręce.
Uśmiech.
I odrobina wiary, że to, co za chwilę pojawi się na talerzu, będzie mniej więcej tym, co wydawało nam się, że zamówiliśmy. 🙂
To było fantastyczne.
Tutaj Włochy zachowywały się tak, jakby reszta świata właściwie nie istniała.
I właśnie to podobało nam się najbardziej.
Włochy, które wydawały nam się przecież doskonale znane, znowu stały się trochę obce.
A obcość w podróży bywa bardzo przyjemna.
Spróbowaliśmy autorskiej pizzy, zjedliśmy świetne owoce morza, piliśmy miejscowe wino i robiliśmy wszystko, co rozsądny człowiek powinien robić nad Adriatykiem w sierpniu.
Prawie.
Bo rozsądny człowiek w samo południe siedzi w cieniu i popija coś zimnego.
My poszliśmy na spacer.
Miasto było niemal puste. Rolety opuszczone, ulice rozgrzane, słońce wysoko, a dwóch turystów z północy maszerowało przez centrum, jakby temperatura była jedynie sugestią.
Każdy odpoczywa po swojemu. 🙂
Dotarliśmy również nad morze, gdzie stoi pomnik Penelopy patrzącej w stronę Adriatyku i wypatrującej powrotu ukochanego.
Ona czekała.
My przeciwnie.
Cała ta podróż polegała przecież na tym, żeby nie czekać, tylko sprawdzać, co jest dalej.
Tyle że S. przypomniało nam o jeszcze jednej rzeczy.
Czasami warto nie jechać dalej od razu.
Niektóre miejsca pojawiają się przypadkiem. Nie ma ich na liście, nie zaznacza się ich przed wyjazdem na mapie i nie czyta o nich przewodników.
Miały być tylko noclegiem.
A potem nagle okazuje się, że zostaje się o dzień dłużej.
I może właśnie takie miejsca najłatwiej polubić, bo niczego od nich wcześniej nie oczekiwaliśmy.
Dlatego nazwy nadal nie podam.
Po co psuć Włochom ich prawie bez-turystyczny raj? 🙂
***
Po dwóch dniach naszego chwilowego przeistaczania się we Włochów trzeba było ruszyć dalej.
Celem było San Marino.
Na szczęście mieliśmy niedaleko i dotarliśmy wystarczająco wcześnie, żeby wyprzedzić wakacyjny najazd turystów. Autobusy jeszcze nie zdążyły wypluć swoich pasażerów, samochody nie zapełniły wszystkich parkingów, a uliczki pozwalały jeszcze normalnie chodzić.
Swoją drogą parkingi w San Marino zasługują na osobne słowo uznania. Przy mieście zbudowanym na zboczu Monte Titano ktoś musiał naprawdę dobrze przemyśleć, gdzie pomieścić tysiące samochodów. Parkingów jest sporo, znajdują się na różnych poziomach pod historycznym centrum, a windy pozwalają pokonać sporą część wysokości bez konieczności rozpoczynania zwiedzania od górskiej wspinaczki.
Dzięki temu na górę dotarliśmy pełni sił.
I dobrze, bo widoki są tutaj zdecydowanie warte zachowania odrobiny energii.
San Marino jest jednym z najmniejszych państw świata, ale równocześnie lubi przypominać, że jego historia jest znacznie większa niż terytorium. Tradycja wiąże początki wspólnoty z rokiem 301 i świętym Marynem – kamieniarzem pochodzącym z Dalmacji, który miał schronić się na Monte Titano i założyć tutaj chrześcijańską wspólnotę.
Z tej tradycji wyrasta również przekonanie Sanmaryńczyków, że ich państwo jest najstarszą istniejącą republiką świata.
I rzeczywiście jest w tym miejscu coś przewrotnie fascynującego.
Państwo można właściwie objąć wzrokiem.
Stoisz na Monte Titano, ponad siedemset metrów nad poziomem morza, i patrzysz na wzgórza, równiny oraz Adriatyk. Granicy oczywiście nie widać, ale gdzieś tam kończy się jedno państwo, zaczyna drugie, a to maleństwo pod twoimi nogami przez stulecia zdołało zachować własną odrębność.
Historia San Marino nie jest jednak historią wielkich podbojów.
Wręcz przeciwnie.
Największym sukcesem tego kraju było chyba to, że przez wieki potrafił pozostać mały.
Spacerowaliśmy więc po stromych uliczkach, zaglądaliśmy na place i podchodziliśmy pod kolejne fortyfikacje. Z bliska wszystko okazywało się znacznie mniejsze, niż sugerowały zdjęcia.
Wieże, mury, pałace.
Na fotografiach monumentalne.
W rzeczywistości niemal kameralne.
Ale może właśnie dzięki temu całe historyczne centrum sprawia wrażenie jednej zwartej budowli przyklejonej do góry.
Nad wszystkim dominują trzy wieże będące symbolem San Marino. Najstarsza z nich – Guaita – ma średniowieczne korzenie, a wraz z pozostałymi tworzy sylwetkę, którą wcześniej widziałem na dziesiątkach zdjęć.
Teraz staliśmy pod nią.
I jak zwykle w takich sytuacjach fotografia przegrywała z przestrzenią.
Nie tylko dlatego, że człowiek widzi więcej.
Czuje też wysokość.
Wiatr i słońce.
I tę lekką niepewność, kiedy podchodzi do murku, za którym krajobraz nagle znajduje się kilkaset metrów niżej.
W bazylice św. Maryna znajduje się miejsce związane z relikwiami patrona republiki. Człowieka, od którego – przynajmniej według tradycji – wszystko się tutaj zaczęło.
Rok 301.
Trudno nawet próbować objąć taki czas wyobraźnią.
Cesarstwo Rzymskie jeszcze istniało. Europa, jaką znamy, właściwie nie istniała. Granice, państwa i narody miały się zmieniać niezliczoną liczbę razy.
A San Marino twierdzi:
my jesteśmy tutaj od tamtej pory.
Oczywiście historia jest bardziej skomplikowana niż legenda założycielska i nikt rozsądny nie będzie próbował udowadniać ciągłości współczesnego państwa od konkretnego dnia 301 roku.
Ale legenda też jest częścią miejsca.
A ta jest wyjątkowo dobra.
San Marino ma jednak również drugą twarz.
Handlową.
Sklepów jest mnóstwo. Perfumy, ubrania, skóry, zegarki, okulary i wszystko, co może zainteresować człowieka, który przyjechał z kartą płatniczą oraz przekonaniem, że właśnie trafił na okazję życia.
Mieliśmy wrażenie, że część rzeczy można kupić korzystniej niż kilkanaście kilometrów dalej we Włoszech.
Problem polegał na tym, że żeby naprawdę to sprawdzić, potrzebowalibyśmy dwóch rzeczy.
Czasu.
I pieniędzy.
Obu mieliśmy ograniczoną ilość. 🙂
Jeżeli więc kiedyś wpadnę na pomysł, żeby jechać do San Marino przede wszystkim na zakupy, objazd południa Europy zacznę następnym razem od drugiej strony.
Na szczęście widoki były za darmo.
I to właśnie one zostały mi w pamięci znacznie bardziej niż witryny sklepów.
Tyle że nasza przewaga nad resztą turystycznego świata powoli się kończyła.
Najpierw pojawił się jeden autobus.
Potem następny.
Parking zapełniał się samochodami, uliczki ludźmi, a języków wokół nas przybywało z każdą minutą.
W tym polskiego.
Dużo polskiego.
Po kilku dniach, podczas których czasami ratowaliśmy się translatorem, rękami i mimiką, nagle znaleźliśmy się w miejscu, gdzie można było usłyszeć rozmowy rodaków właściwie na każdym kroku.
San Marino zrobiło się ciasne.
Bardzo ciasne.
Uznaliśmy więc, że to dobry moment, żeby się ewakuować.
Zobaczyliśmy to, po co przyjechaliśmy. Weszliśmy na Monte Titano, pospacerowaliśmy po starym mieście, popatrzyliśmy na wieże i na świat rozłożony daleko pod nami.
Jeden z ostatnich głównych punktów naszej podróży został osiągnięty.
A właściwie ostatni.
Bo w tym miejscu wszystko powinno się już skończyć.
Serbia.
Kosowo.
Macedonia Północna.
Albania.
Bari.
San Marino.
Wszystkie główne punkty, które mieliśmy gdzieś z tyłu głowy przed wyjazdem, zostały za nami. Pozostawało wsiąść do samochodu, skierować samochód na północ i wrócić do domu, z jednym noclegiem gdzieś po drodze.
Tylko że podróż bez planu ma jedną piękną właściwość.
Nie wie, kiedy powinna się skończyć.
Dostaliśmy jeszcze dwa niespodziewane zakończenia.
Pierwsze stało się dla mnie jednym z najważniejszych momentów całej wyprawy.
Drugiego nie chcę nawet nazywać bonusem.
Było doświadczeniem ciężkim, smutnym i zmuszającym do myślenia.
Najpierw jednak był Rubikon.
***
Jechaliśmy już w stronę Austrii, kiedy Ola zauważyła na mapie nazwę miejscowości.
Savignano sul Rubicone.
Rubicone.
Rubikon.
Chwila.
Ten Rubikon?
Od słowa do słowa, od mapy do internetu i nagle nasz powrót do domu przestał być zwykłym powrotem.
Musieliśmy tam pojechać.
Dla kogoś, kto historię traktuje jak zbiór dat, nazwisk i wydarzeń, może to być po prostu niewielka włoska miejscowość przecięta rzeką.
Dla mnie nie była.
Rubikon to przecież jedna z tych nazw, które dawno przestały oznaczać wyłącznie miejsce na mapie.
„Przekroczyć Rubikon”.
Podjąć decyzję, po której nie ma już odwrotu.
Wszystko zaczęło się w 49 roku przed naszą erą.
Juliusz Cezar wracał z Galii ze swoimi legionistami. Rzymskie prawo nie pozwalało dowódcy wprowadzić wojska na teren Italii bez zgody władz republiki, a senat domagał się od Cezara złożenia dowództwa.
Miał wybór.
Podporządkować się.
Albo przekroczyć rzekę.
Wybrał rzekę.
Według starożytnej tradycji właśnie wtedy miały paść słowa:
Alea iacta est.
Kości zostały rzucone.
Czy naprawdę powiedział dokładnie te słowa? Tego oczywiście nie wiemy. Wiemy natomiast, że przekroczenie Rubikonu przez Cezara i jego wojsko oznaczało otwarte wystąpienie przeciwko przeciwnikom politycznym i początek wojny domowej.
Nie było jeszcze cesarstwa.
Cezar nie został cesarzem w takim znaczeniu, w jakim później był nim August.
Republika również nie umarła tego wieczoru nad rzeką.
Historia rzadko jest aż tak prosta.
Ale coś się zaczęło.
Proces, który przez wojnę domową, dyktaturę Cezara, jego zabójstwo, kolejne wojny i zwycięstwo Oktawiana doprowadził ostatecznie do powstania nowego porządku politycznego.
Jedna decyzja.
Jedna rzeka.
I konsekwencje, które zmieniły historię naszej części świata.
Wszystko, co przeżyliśmy wcześniej, na chwilę jakby zeszło na drugi plan.
Chciałem tylko znaleźć tę rzekę.
Co oczywiście okazało się mniej oczywiste, niż powinno.
Krążyliśmy więc po okolicy, korzystając z Google’a, internetu i różnych podpowiadaczy, z których każdy wydawał się wiedzieć trochę lepiej, gdzie właściwie znajduje się „ten” Rubikon.
W pewnym momencie wjechałem nawet bezczelnie na czyjeś podwórko.
Starszy gospodarz spojrzał na nas, wysłuchał próby wyjaśnienia, czego szukamy, i zrobił to, co podczas tej podróży działało już wielokrotnie.
Użył rąk.
Tam.
Do centrum.
Pojechaliśmy.
I rzeczywiście.
Był Cezar.
Był most.
Była rzeka.
Rubikon.
Oczywiście nie da się dzisiaj z absolutną pewnością powiedzieć, że dokładnie w tym miejscu Cezar przekroczył rzekę w 49 roku p.n.e.
Przez stulecia spierano się nawet o to, która z okolicznych rzek jest antycznym Rubikonem. Dopiero w XX wieku za historyczny Rubikon oficjalnie uznano tutejszy ciek, a Savignano di Romagna otrzymało nazwę Savignano sul Rubicone.
Czy właśnie tutaj stał Cezar?
Nie wiem.
Ale czasami historia potrzebuje miejsca, w którym można stanąć.
Ja takie miejsce właśnie znalazłem.
Przy rzece stoi rzymski most.
I tutaj kolejna rzecz okazała się bardziej skomplikowana, niż podpowiada pierwsze wrażenie.
Cezar tego mostu nie przekraczał.
Nie znamy nawet dokładnej daty jego budowy. Część badaczy wiąże go jeszcze z okresem republiki, inni z czasami Augusta. Wiadomo natomiast, że rzymska konstrukcja przez stulecia służyła kolejnym pokoleniom mieszkańców.
Aż do 1944 roku.
Wycofujące się wojska niemieckie wysadziły most.
Po wojnie wydobyto z rzeki jego kamienne bloki i w latach sześćdziesiątych odbudowano przeprawę, wykorzystując zachowany materiał.
Most, który widzieliśmy, nie jest więc nietkniętą konstrukcją stojącą tutaj nieprzerwanie od dwóch tysięcy lat.
Jest czymś chyba nawet ciekawszym.
Rzymskim mostem, który historia sama zdążyła kilka razy przepisać.
Stałem więc nad Rubikonem i patrzyłem na wodę.
Rzeczka.
Bo trudno nazwać ją inaczej.
Po wszystkich opowieściach, książkach, lekcjach historii i wielkim symbolicznym znaczeniu słowa „Rubikon” człowiek spodziewa się niemal naturalnej granicy światów.
A tutaj płynie sobie spokojna, niewielka rzeka.
I może właśnie to robi największe wrażenie.
Historia nie zawsze wydarza się w miejscach, które wyglądają historycznie.
Czasami dzieje się przy małej rzece, którą można przejść pieszo.
Więc przeszedłem.
Boso.
Caligae niestety nie udało się nigdzie dostać. 🙂
Wszedłem do wody i przekroczyłem Rubikon.
Nie zmieniłem przy tym ustroju żadnego państwa.
Nie rozpocząłem wojny domowej.
Nikt nie ruszył za mną z legionem.
Ale satysfakcja była ogromna.
Bo właśnie dla takich chwil lubię historię.
Nie dla dat.
Nie dla pomników.
Nawet nie dla książek.
Dla momentu, w którym nagle można jej dotknąć.
Stanąć tam, gdzie wydarzyło się coś, co później trafiło do podręczników. Popatrzeć na tę samą rzekę, górę albo drogę i przez chwilę spróbować usunąć z krajobrazu dwa tysiące lat.
Tego popołudnia Savignano było niemal puste.
Cicho.
Gorąco.
Prawie nikogo wokół.
I właśnie ta cisza zrobiła resztę.
Bo kiedy człowiek bardzo chce, wyobraźnia potrafi być niezwykle pomocna.
Wystarczyło zamknąć oczy.
Legioniści.
Ciche rozmowy.
Rozkazy centurionów.
Parskanie koni.
Szum wody pod kopytami.
Szczęk gladiusów i pila.
I człowiek, który zapewne doskonale rozumiał, że kiedy znajdzie się po drugiej stronie rzeki, nie będzie już mógł po prostu powiedzieć:
przepraszam, pomyliłem drogę.
Wracam.
Może właśnie wtedy narodził się prawdziwy sens słów „przekroczyć Rubikon”.
Nie chodzi o rzekę.
Chodzi o moment, w którym decyzja staje się nieodwracalna.
Rzeczka, most, pomnik Cezara i dwoje ludzi, z których przynajmniej jedno było całym tym miejscem zdecydowanie zbyt podekscytowane. 🙂
Ale właśnie takich miejsc szukam.
Czasami świadomie.
Czasami zupełnym przypadkiem.
Savignano sul Rubicone nie było w naszym planie.
Nie wiedziałem nawet, że będziemy przejeżdżać w pobliżu.
Gdyby Ola nie spojrzała wtedy na mapę, minęlibyśmy je i pojechali dalej.
A zostało jednym z najważniejszych miejsc całej podróży.
Magicznym.
Dla mnie.
I dla historii.
I to byłby idealny koniec tej opowieści.
Naprawdę.
Po prawie pięciu tysiącach kilometrów można byłoby zakończyć podróż nad Rubikonem. Z Cezarem, rzymskim mostem, przypadkowym odkryciem i bosymi nogami w rzece.
Ładna klamra.
Tyle że nie był to koniec.
Nocowaliśmy pod Monachium.
A około dwudziestu kilometrów dalej było Dachau.
***
Nocowaliśmy pod Monachium, a ponieważ do Dachau mieliśmy około dwudziestu kilometrów, pojechaliśmy.
I tutaj kończy się lekkość tej opowieści.
Dachau nie było obozem zagłady, lecz obozem koncentracyjnym – jednym z pierwszych i najważniejszych w nazistowskim systemie terroru. Utworzono go w marcu 1933 roku, zaledwie kilka tygodni po dojściu Hitlera do władzy. Stał się wzorcem dla późniejszych obozów koncentracyjnych i miejscem szkolenia kadr SS.
Przez Dachau i jego podobozy przeszło ponad dwieście tysięcy ludzi z ponad czterdziestu krajów.
Co najmniej czterdzieści jeden i pół tysiąca nie przeżyło.
Liczby.
Zawsze są jakieś liczby.
Dwieście tysięcy.
Czterdzieści jeden i pół tysiąca.
Ponad czterdzieści krajów.
Można je przeczytać i zapamiętać, ale stojąc tam, zaczyna się rozumieć, jak niewiele znaczą.
Większości baraków już nie ma i właśnie dlatego przestrzeń robi tak ogromne wrażenie. Rzędy fundamentów pokazują rozmiar obozu. Człowiek idzie i widzi miejsca, które w każdym innym otoczeniu byłyby tylko budynkiem, ścianą czy pomieszczeniem.
Tutaj każde z nich miało swoją funkcję.
Karcery.
Miejsca egzekucji.
Krematorium.
Piece.
Miejsca, w których składano i grzebano prochy ofiar.
Barak X z komorą gazową.
Komora była sprawna i została zaprojektowana jako część obiektu przeznaczonego do masowej eksterminacji, choć w Dachau nie doszło do masowego mordowania ludzi gazem. Według relacji jednego ze świadków w 1944 roku zabito w niej gazem kilku więźniów.
Ludzi zabijano tutaj na inne sposoby.
Przez egzekucje.
Tortury.
Głód.
Wyniszczającą pracę.
Choroby.
Warunki, w których człowiek miał przestać być człowiekiem.
Najbardziej przerażające nie było dla mnie jednak okrucieństwo pojedynczego człowieka.
Była nim organizacja.
System.
Procedury.
To, że można stworzyć administrację cierpienia. Ustalić zasady. Przydzielić zadania. Prowadzić dokumentację. Organizować transport. Pilnować porządku.
Dzień po dniu wykonywać swoją pracę i robić rzeczy, których człowiek nie powinien robić drugiemu człowiekowi.
Przez całą naszą podróż spotykaliśmy ludzi.
Samira w Uvacu.
Rodzinę prowadzącą hotel w Prizrenie.
Zakonnika, który obdarował Olę obrazkami i świeczkami.
Albańczyka sprzedającego nam arbuzy, z którym nie potrafiliśmy porozumieć się ani jednym wspólnym słowem.
Włochów, z którymi rozmawialiśmy za pomocą telefonu, rąk i uśmiechu.
Ludzi ciekawych nas tak samo, jak my byliśmy ciekawi ich.
Gotowych pomóc.
Porozmawiać.
Poczęstować rakiją.
Albo po prostu okazać życzliwość obcemu człowiekowi.
A potem przyjechaliśmy tutaj.
Do miejsca będącego dowodem, że człowiek potrafi zrobić dokładnie coś przeciwnego.
Nie chcę szukać dla tego ładnych zdań.
Nie ma takich.
Na jednej z list więźniów zobaczyłem swoje nazwisko.
Raz.
Potem drugi.
I trzeci.
Trzy osoby.
Jedna pod drugą.
Nosili moje nazwisko.
Nie wiem, czy byliśmy spokrewnieni i nie będę tego sprawdzał.
Nie pójdę tym śladem, bo właściwie po co?
Świeczki nie zapalę.
Modlić się nie potrafię.
Nie zmienię tego, co się wydarzyło.
Ale ten widok został.
Trzy nazwiska.
Moje nazwisko.
Jedno pod drugim.
Po prawie pięciu tysiącach kilometrów, dwunastu krajach i tysiącach zakrętów, po winie i rakiji, jeziorach, górach, meczetach, cerkwiach, morzu, śmiechu, rozmowach i dziesiątkach spotkanych ludzi nasza podróż skończyła się właśnie tutaj.
Nie takiego zakończenia bym sobie wybrał.
Może jednak podróże nie powinny zawsze kończyć się zachodem słońca.
Przez kilkanaście dni patrzyliśmy na świat przede wszystkim z ciekawością. Szukaliśmy różnic w językach, smakach, religiach, historii, flagach i granicach.
A im dalej jechaliśmy, tym częściej okazywało się, że po drugiej stronie tych wszystkich różnic czekał po prostu człowiek.
Czasem częstował rakiją.
Pomagał znaleźć drogę.
Sprzedawał arbuza bez wspólnego języka.
Czasem dawał obcemu człowiekowi świeczkę.
Dachau przypomniało nam, jak straszne rzeczy mogą się wydarzyć, kiedy przestajemy widzieć w drugim człowieku człowieka.
Wyjechaliśmy w ciszy.
Została już tylko droga do domu.
***
Problemem każdego kierowcy-fotografa jest brak możliwości pogodzenia tych czynności ze sobą. Mam jednak nadzieję, że chociaż po części udało mi się uchwycić piękno odwiedzonych miejsc.
Zapraszam więc na część wizualną:-)
EGER
***
…
…
…
***
SERBIA
***
…
…
…
…
…
BELGRAD
…
…
…
…
…
…
UVAC
…
…
…
…
…
…
…
…
…
…
…
***
CZARNOGÓRA
***
…
***
KOSOWO
***
…
…
…
…
…
…
…
…
…
…
…
…
***
MACEDONIA PÓŁNOCNA
***
…
…
…
…
…
…
…
…
…
…
…
…
…
***
ALBANIA
***
…
…
…
…
***
ŻEGNAMY BAŁKANY
***
…
***
WŁOCHY
***
BARI
…
…
S.
…
…
…
…
…
…
SAVIGNANO SUL RUBICONE
…
…
…
***
SAN MARINO
***
…
…
…
…
***
NIEMCY
***
DACHAU
…
…
…
…
***
I to byłoby na tyle! Dużo tego wszystkiego, ale przecież i podróż była DUŻA i niezwykle ciekawa!
Tyle miejsc, tyle uczuć i zaangażowanych zmysłów.
A jeśli dotarłeś lub dotarłaś aż tutaj, to przede wszystkim gratuluję wytrwałości! 🙂 I mam dla Ciebie mały prezent. Coś dla najważniejszego ze zmysłów — smaku!
Na zakończenie tej podróży zostawiam Ci przepis na prawdziwe, bałkańskie ćevapčići. Bo przecież podróżować trzeba także i podniebieniem!
Smacznego! 🙂
Ćevapčići – prawdziwy smak Bałkanów!
Małe, niepozorne wałeczki mięsa, pieczone na rozgrzanym ruszcie. Bez panierki, bez wymyślnych dodatków, za to z intensywnym aromatem grillowanej wołowiny. Do tego ciepły chlebek, posiekana cebula i odrobina kajmaku.
Proste? Bardzo! Ale właśnie w tej prostocie tkwi cały sekret.
Na Bałkanach każdy kraj, a czasem nawet każde miasto, ma swoją wersję ćevapčići. Poniższy przepis inspirowany jest tradycyjnymi bośniackimi ćevapčići – jak u Samira:-)
Składniki na 4 porcje
- 800 g wołowiny (najlepiej łopatka lub kark)
- 200 g tłustszej wołowiny lub tłuszczu wołowego
- 18 g soli
- 2 ząbki czosnku
- 70 ml bardzo zimnej wody gazowanej
- 2 g sody oczyszczonej (opcjonalnie)
Dodatki
- Chlebki somun lub lepinja
- 1–2 białe cebule
- Kajmak (bałkański kremowy produkt mleczny)
- Opcjonalnie ajvar, czyli bałkańska pasta z pieczonej papryki
Przygotowanie
- Przygotowanie mięsa. Mięso powinno zawierać około 20% tłuszczu. Zmiel je dwukrotnie na drobnym sitku. Odpowiednia ilość tłuszczu sprawi, że ćevapčići będą soczyste.
- Wyrabianie. Do mięsa dodaj sól, zimną wodę gazowaną i ewentualnie sodę. Czosnek rozgnieć, zalej niewielką ilością wody, odstaw na kilka minut, a następnie dodaj do mięsa sam aromatyczny płyn. Wyrabiaj całość przez około 8–10 minut, aż masa stanie się zwarta i kleista.
- Odpoczynek. Przykryj miskę i wstaw mięso do lodówki na 12–24 godziny. Ten etap jest bardzo ważny — mięso nabierze odpowiedniej konsystencji i smaku.
- Formowanie. Zwilż dłonie zimną wodą i formuj niewielkie wałeczki o długości około 6–8 cm i grubości 2 cm. Nie powinny być zbyt grube, aby równomiernie się upiekły.
- Grillowanie. Rozgrzej grill do średnio wysokiej temperatury. Piecz ćevapčići przez około 8–10 minut, regularnie obracając. Powinny być pięknie zarumienione z zewnątrz, soczyste w środku i całkowicie dopieczone (temperatura wewnętrzna około 71°C).
- Przygotowanie pieczywa. Chlebki somun lub lepinja przekrój i podgrzej na ruszcie. Możesz skropić je odrobiną soków z grillowanego mięsa, dzięki czemu nabiorą dodatkowego aromatu.
- Podanie. Włóż gorące ćevapčići do ciepłego chlebka, dodaj sporą porcję drobno posiekanej surowej cebuli i podawaj z kajmakiem. Jeśli lubisz, możesz dołożyć odrobinę ajvaru.
Trzy sekrety prawdziwych ćevapčići.
- Dobre mięso i odpowiednia ilość tłuszczu. Zbyt chude mięso sprawi, że ćevapčići będą suche.
- Cierpliwość. Pozostawienie mięsa w lodówce na kilkanaście godzin poprawia jego konsystencję.
- Ogień i aromat. Najlepsze ćevapčići powstają na grillu węglowym. Nie grilluj ich jednak bezpośrednio w płomieniach.
***
Czy eksperyment się udał?
Ocenę tego pozostawiam Wam — czytelnikom.
Ja sam odkryłem coś ciekawego. Okazało się, że wiele zdjęć doskonale współgra z tym, co opisywałem wcześniej. Z emocjami, wspomnieniami i wrażeniami, które próbowałem ubrać w słowa.
A to oznacza, przynajmniej moim skromnym zdaniem, że udało mi się odtworzyć nie tylko przebieg naszej podróży, ale również uczucia i doznania, które nam wtedy towarzyszyły.
Bo była to podróż niezwykle intensywna. Nie tylko pod względem pokonanych kilometrów i odwiedzonych miejsc, ale przede wszystkim tego, co pozostawiła w naszych sercach i głowach.
Bo Bałkanów nie wystarczy zobaczyć. Bałkany trzeba poczuć. Wszystkimi zmysłami.
I chyba właśnie o to chodziło w całym tym eksperymencie.
Dziękuję, że byliście z nami! 🙂
…

Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnych zbiorów i są wyłącznie moją własnością.
Zgodnie z przepisami prawnymi, bez wyraźnej zgody autora zabronione jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub cytowanie w całości lub części treści tekstu i zdjęć
Na wszelkie pytania odpowiem bardzo chętnie w komentarzu lub mailowo.
Podróż odbyła się w sierpniu 2026 roku.
![]()
Zobacz również
Krótka podróż dookoła ćwiartki świata – cz. 2
7 kwietnia 2018
Kenia, skromny przedsmak Afryki
20 kwietnia 2019



























































































































































