Kolaż zdjęć z podróży po Bałkanach: Jezioro Ochrydzkie z zabytkową cerkwią, meandry rzeki Uvac, górskie krajobrazy, pomniki, zabytkowe uliczki i lokalne akcenty.
Europa

Bałkany – siedem uczuć, siedem zmysłów

Czy można tęsknić za miejscami, których się nie widziało? Można.

Czy można tęsknić za smakiem potrawy znanej tylko ze zdjęcia albo powieści? Czuć zapach miejsca, w którym nigdy się nie było? Wyobrażać sobie gwar ulicy, której nazwy jeszcze niedawno nie potrafiło się nawet poprawnie wymówić?

Można.

Potrzeba do tego tylko wyobraźni i wystarczająco silnego pragnienia, żeby któregoś dnia zamienić wyobrażenie w rzeczywistość. Sprawdzić, czy wymyślony wcześniej obraz ma cokolwiek wspólnego z tym, co zobaczą oczy, poczuje nos, czego dotkną dłonie i czego posmakuje język.

Chyba właśnie dlatego ciągle gdzieś mnie ciągnie. Do miejsc jeszcze nieodkrytych, których jestem ciekaw, zanim zdążę je poznać. Do nowych kolorów, zapachów, dźwięków i smaków. Podróżowanie uruchamia bowiem zmysły, których próżno szukać w podręcznikach biologii. Jest jeszcze ciekawość, zachwyt, zdziwienie, czasem rozczarowanie. Jest wreszcie to dziwne uczucie tęsknoty za czymś, czego się jeszcze nie zna.

Może właśnie dlatego w tej podróży zmysłów było siedem. A może było ich jeszcze więcej.

Tym razem padło na Bałkany. A właściwie na tę ich część, która na mojej prywatnej mapie świata nadal pozostawała białą plamą.

Serbia. Nie mogłem się doczekać, kiedy tam dotrzemy.

Kosowo. Zastanawiałem się, jak wygląda państwo, o którym wiedziałem tak niewiele.

Macedonia Północna. Kolejna zagadka. Bałkany, Słowianie, Albańczycy, prawosławie, islam, historia poplątana tak bardzo, że czasami trudno ustalić, gdzie kończy się jedna opowieść, a zaczyna druga.

Chciałem sprawdzić, ile prawdy jest w tym wszystkim, co wcześniej podsuwała mi wyobraźnia. A ciekawość rosła z każdym dniem.

Każdy z tych krajów zaskoczył nas inaczej. I właściwie każdy pozytywnie, choć nie zawsze w sposób, którego się spodziewaliśmy.

Tym razem będzie też inaczej niż w moich wcześniejszych opowieściach. Po raz pierwszy piszę w pierwszej osobie liczby mnogiej, bo prawie pięć tysięcy kilometrów pokonaliśmy we dwoje. Plus nasz bawarski czołg. 🙂

Przyznam, że przed wyjazdem miałem pewne obawy. Ciągłe przemieszczanie się, tysiące kilometrów, upał i plan, który właściwie nie był planem, mogły stać się mieszanką wybuchową.

Nie stały się.

Nawet jeśli nie wszystko było idealne, daliśmy radę.

Dziękuję, Ola! 🙂

Inaczej powstaje również sam ten tekst. Do tej pory najpierw wybierałem zdjęcia, a później wokół nich budowałem historię. Tym razem będzie odwrotnie. Najpierw powstaje opowieść – nasze przeżycia, odczucia, zaskoczenia i wrażenia – a dopiero później dobiorę do niej fotografie. Fotografie, których w chwili pisania tych słów jeszcze nawet nie oglądałem.

To eksperyment. Sam jestem ciekaw, czy powstanie z niego reportaż okraszony zdjęciami, czy jednak fotoreportaż z rozbudowaną historią.

Nasz brak planu” zawierał cztery główne cele: Serbię, Kosowo, Ochrydę w Macedonii Północnej i – już po drugiej stronie Adriatyku – San Marino. Najczęściej dopiero wieczorem ustalaliśmy, dokąd pojedziemy następnego dnia. Mieliśmy właściwie tylko jeden termin, którego naprawdę musieliśmy dotrzymać: prom z Durrës do Bari.

Poza tym byliśmy wolni.

I korzystaliśmy z tej wolności w pełni.

Dlatego ominęliśmy Prisztinę i Skopje – „miasta z kartonu”, jak określili je młodzi, sympatyczni Poznaniacy spotkani w Serbii. Sami tego nie sprawdziliśmy, więc ich opinii nie potwierdzę ani jej nie zaprzeczę. W zamian podarowaliśmy sobie dodatkowy dzień nad Jeziorem Ochrydzkim, a później jeszcze jeden nad Adriatykiem we Włoszech.

Całkowitym przypadkiem trafiliśmy również do miejsca, które dla mnie osobiście okazało się jednym z tych „ważnych” podczas całej podróży – Savignano sul Rubicone. To właśnie tam stanąłem nad rzeką, której przekroczenie przez Juliusza Cezara w 49 roku p.n.e. stało się symbolem decyzji, od której nie ma już odwrotu.

Była też wisienka na torcie.

Tyle że wyjątkowo gorzka.

Dachau.

Ale o tym później.

Na razie przed nami było prawie pięć tysięcy kilometrów. I – o dziwo – ani jednego niemiłego spotkania z policją. 🙂

Nie licząc pewnego przekraczania granicy, podczas którego strażnik zaskoczył nas prostym pytaniem:

– Dokąd jedziecie?

No właśnie…

W planie mieliśmy Kosowo. Google najwyraźniej miał jednak własny plan i wysłał nas do Czarnogóry.

Dzięki temu zobaczyliśmy takie zadupie w Czarnogórze, do którego przy zdrowych zmysłach prawdopodobnie nigdy sami byśmy nie pojechali. 🙂

I chyba właśnie na tym polega najlepsza część takich podróży. Można zaplanować kraje, kilometry, noclegi i promy.

Przygody zaplanować się nie da.

***

Kiedy z S5 wjeżdżaliśmy na A2, Ola zauważyła, że teraz jedziemy w jedną stronę, ale do domu wrócimy z przeciwnej. Niby oczywiste, a jednak dopiero wtedy naprawdę do mnie dotarło, że nie jedziemy „gdzieś i z powrotem”. Przed nami była wielka pętla. Ostatecznie licznik pokaże 4940 kilometrów, przejedziemy przez dwanaście państw, w tym dwa zupełnie nieplanowane, opuścimy Unię Europejską, przeprawimy się przez Adriatyk, a potem wrócimy do Polski od drugiej strony.

Na pierwszy postój wybraliśmy Eger. Powody były dwa: odległość i wino.

Pierwsze osiemset kilometrów przyniosło też pierwszą lekcję dotyczącą nawigacji. Google uznał, że zamiast jechać tylko przez Słowację, warto zahaczyć o Czechy. Oczywiście dla naszego dobra. Mieliśmy przecież zaoszczędzić kilka minut.

Skończyło się zakupem winiety, dodatkowymi kilometrami i czasem, którego zdecydowanie nie zaoszczędziliśmy.

Była to dopiero pierwsza odsłona spektaklu pod tytułem: „Google zna skrót”.

Jeszcze kilka razy podczas tej podróży mieliśmy się przekonać, że skrót jest pojęciem niezwykle względnym.

Eger miał nam to wynagrodzić. I częściowo wynagrodził. Był gulasz, był Egri Bikavér, był wieczorny spacer po niewielkim, ale żyjącym muzyką, knajpkami i winem mieście.

Rano pojechaliśmy jeszcze do Doliny Pięknej Pani, żeby zobaczyć słynne piwnice winne.

I tu czar trochę prysł.

Zamiast romantycznych piwnic wykutych w skale zobaczyliśmy coś, co przypominało wielką galerię handlową z winem, pamiątkami i turystyczną drobnicą z całego świata, choć zapewne głównie z Chin. Wokół sporo Polaków, mnóstwo stoisk i niewiele z atmosfery, którą wcześniej zdążyłem sobie wymyślić.

Wyjeżdżaliśmy bez większego żalu.

Przed nami była Serbia.

***

Pierwszy kraj tej podróży, o którym tak naprawdę wiedzieliśmy niewiele. I chyba właśnie dlatego ciekawił mnie tak bardzo.

Pierwsze zaskoczenie przyszło niemal natychmiast po przekroczeniu granicy: drogi. Szerokie, gładkie, dobre autostrady. Moje wyobrażenie o jeździe po Bałkanach – oparte bardziej na wcześniejszych doświadczeniach z południa Europy niż na wiedzy o Serbii – zaczęło się sypać już podczas pierwszych kilometrów.

Drugim zaskoczeniem byli kierowcy. Spokojni, bez szaleństw i bez drogowej partyzantki, której podświadomie się spodziewałem. Później podobne wrażenie mieliśmy również w Kosowie i Macedonii Północnej.

Pierwszym celem był Nowy Sad.

Duże miasto na północy Serbii, ale zupełnie inne od tego, co kilka godzin później pokaże nam Belgrad. Wieczorem centrum wypełniali młodzi ludzie. Knajpki, restauracje, rozmowy i gwar sprawiały, że miasto wydawało się lekkie, żywe i – co bardzo nam odpowiadało – jeszcze nieprzygniecione masową turystyką.

Na placu Wolności i w okolicznych ulicach można znaleźć architekturę barokową, neorenesansową i secesyjną, a monumentalna synagoga, ukończona w 1909 roku, jest jedną z największych w tej części Europy.

Ale mnie z Nowego Sadu najmocniej zapamiętało się zupełnie inne uczucie.

Zaufanie.

Nasz apartament nie był jeszcze opłacony, a rano zamierzaliśmy wyjechać wcześnie. Właściciel spokojnie zaproponował, żebyśmy należną kwotę zostawili na stole, a wychodząc… zostawili otwarte drzwi.

Ot tak.

Pieniądze na stole. Mieszkanie otwarte.

Ostatecznie rano pojawiła się pani, która odebrała należność, ale drzwi i tak mieliśmy zostawić otwarte.

Drobiazg. Kilka zdań. A jednak takie rzeczy zostają w pamięci czasem dłużej niż kolejny kościół czy pomnik.

Spędziliśmy w Nowym Sadzie tylko jeden wieczór, ale wyjeżdżaliśmy z poczuciem, że moglibyśmy zostać dłużej.

Dziewięćdziesiąt kilometrów dalej czekał Belgrad.

I zupełnie inne emocje.

Już przy wjeździe przywitał nas beton. Monumentalny, ciężki, bezkompromisowy. Genex Tower – Zachodnia Brama Belgradu – dwie połączone wieże ukończone w 1980 roku, dziś jeden z najbardziej rozpoznawalnych przykładów belgradzkiego brutalizmu. Ma 117 metrów wysokości i 35 kondygnacji. Dla miłośników tego nurtu to architektoniczna ikona.

Dla mnie?

Potężna, szara i ekstremalnie brzydka.

I właśnie ten pierwszy obraz – zapewne niesprawiedliwie – ustawił moje patrzenie na Belgrad na resztę krótkiego pobytu.

Pojechaliśmy na stare miasto właściwie tylko na śniadanie i krótki spacer. Trafiliśmy między innymi na Skadarliję, dawną dzielnicę bohemy, kojarzoną z pisarzami, poetami, malarzami i aktorami. Do dziś działają tam tradycyjne kafany, restauracje i miejsca z muzyką.

Powinno mi się podobać.

A jednak coś nie zagrało.

Usiedliśmy w jednej z restauracji. Kelner mógł być najmilszym człowiekiem pod słońcem, jedzenie mogło być świetne, a historia miejsca fascynująca, ale ja widziałem białoszarą koszulę, pluszowe krzesła i menu, które w mojej głowie pochodziło gdzieś z lat osiemdziesiątych.

To oczywiście nie był Belgrad.

To był mój Belgrad z tego jednego poranka.

I tę różnicę warto zaznaczyć.

Po młodym, gwarnym Nowym Sadzie stolica cofnęła mnie w czasie. Beton, osiedla, monumentalna architektura dawnej Jugosławii i zaniedbane fragmenty miasta mieszały mi się ze wspomnieniami śląskiego miasta z mojego dzieciństwa.

Może byliśmy tam za krótko. Prawie na pewno. Może gdybym został trzy dni, zobaczyłbym zupełnie inny Belgrad. Może ktoś, kto zna to miasto naprawdę, przeczyta te słowa i złapie się za głowę.

Ale podróż nie zawsze jest sprawiedliwa dla miejsc. Czasami daje im tydzień, czasami dwie godziny. A pierwsze wrażenie, choć powierzchowne, też jest częścią podróży.

Nas Belgrad nie zatrzymał.

Serbia miała jednak dla nas coś znacznie lepszego.

Przyrodę.

***

Jeszcze w Nowym Sadzie sympatyczna pani ze sklepu z pamiątkami opowiadała nam o parkach i górach wschodniej Serbii. Jej własne życie zresztą nadawało się na osobną historię – o tym, jak przypadek potrafi rzucić człowieka w miejsce, którego nigdy wcześniej nie brał pod uwagę.

Słuchaliśmy jej, robiliśmy coraz większe oczy, ale wiedzieliśmy, że tym razem nie damy rady. Wschód leżał zbyt daleko od naszej trasy.

Może to i dobrze.

Zawsze musi zostać jakiś powód, żeby wrócić.

My jechaliśmy na południe.

Do Uvacu.

Droga stawała się coraz węższa i bardziej kręta. Góry rosły, miasta malały, a Google ponownie postanowił pokazać nam, że zna Serbię lepiej niż Serbowie.

Bo przecież można było zaoszczędzić cztery i pół minuty.

Zaczęła się więc mała przeprawa przez drogi, których sami nigdy byśmy nie wybrali. Ale właśnie dzięki takim objazdom czasem ogląda się kraj od drugiej strony. Nie przez place, deptaki i punkty oznaczone w przewodniku jako „must see”, lecz przez podwórka, małe wsie, stacje benzynowe, przydrożne sklepy i zwykłe życie.

Im dalej jechaliśmy na południowy zachód, tym krajobraz stawał się bardziej górzysty i zielony. Zmieniała się również architektura sakralna. Obok cerkwi coraz częściej pojawiały się minarety. W okolicach Sjenicy znaleźliśmy się bowiem w Sandżaku, regionie zamieszkanym przez dużą społeczność bośniacką i muzułmańską. Serbia okazywała się znacznie mniej jednorodna, niż podpowiadały moje wcześniejsze wyobrażenia.

I tam czekał na nas Samir.

Samir – dhikra tayyiba – był sympatycznym starszym panem, wiecznie w ruchu i zawsze gotowym coś załatwić. Otaczała go duża rodzina, mówił trochę po angielsku, dużo się uśmiechał i najwyraźniej uważał, że problemy komunikacyjne najlepiej rozwiązuje się gościnnością.

Oraz rakiją.

Mocną. Domową. Pyszną.

Przywitał nas kolacją i kieliszkiem. A potem kolejnym.

To między innymi dzięki niemu dwa dni w sercu Uvacu stały się czymś zupełnie innym niż wcześniejsza część podróży.

Nowy Sad był gwarem.

Belgrad betonem.

Uvac był ciszą.

I właśnie po tę ciszę przyjechaliśmy.

Kolory lata, jedzenie przygotowywane niemal na naszych oczach, domowe słodkości i spokojny rytm dnia dawały poczucie wakacji u babci na wsi.

Tyle że u babci na wsi raczej nie ma takich widoków.

Błękitne niebo, zielone zbocza i woda wijąca się pomiędzy nimi w sposób, który z góry wydaje się niemal nierealny. Meandry Uvacu są jednym z najbardziej charakterystycznych krajobrazów Serbii, ale zdjęcia nie przygotowały mnie na skalę tego miejsca.

Z poziomu łodzi wyglądało ono zupełnie inaczej niż z góry. Płynęliśmy dalej, a rzeka co chwilę znikała za następnym zakrętem. I właśnie to działało na wyobraźnię najmocniej. Chciało się sprawdzić, co będzie dalej. Las schodzący do samej wody? Naga skała? Kolejny meander?

A może sęp płowy.

Nad Uvacem trudno go nie wypatrywać. To jeden z symboli rezerwatu. Po II wojnie światowej populacja tego gatunku w Serbii znalazła się na skraju wyginięcia; dzięki działaniom ochronnym Uvac stał się jednym z jego najważniejszych siedlisk w kraju. Rozpiętość skrzydeł sępa płowego może dochodzić do około 2,8 metra.

I tutaj ujawniły się nasze fotograficzno-obserwacyjne braki.

Ja nie zabrałem porządnego teleobiektywu.

Ola nie miała lornetki.

Pozostało więc patrzeć w niebo i liczyć, że któryś z tych olbrzymów zechce przelecieć bliżej.

Czasem chciał.

I kiedy niemal trzymetrowy cień przesuwał się nad nami, z łodzi rozlegało się zbiorowe:

– Ach…

Jakby natura specjalnie sprawdzała, czy umiemy jeszcze zachwycać się czymś bez ekranu pomiędzy okiem a światem.

Jakby tego wszystkiego było mało, popłynęliśmy jeszcze do Ledene Pećiny – Jaskini Lodowej, będącej częścią rozległego systemu jaskiń Ušac. Wejścia do niektórych z nich znajdują się bezpośrednio przy wodzie i można dotrzeć do nich łodzią.

Na zewnątrz prawie czterdzieści stopni, a w środku chłód.

Wejście do jaskini było jak zejście do innego świata. Wielkie sale, stalaktyty, stalagmity i formacje, którym wystarczyło poświęcić kilka sekund, żeby wyobraźnia zaczęła nadawać im kształty i znaczenia.

Potem korytarze się zwężały.

Na szczęście takiemu chudzielcowi jak ja nie sprawiało to większego problemu. :-))))

Szum wody pomiędzy skałami, wilgoć i światło latarek przesuwające się po ścianach tworzyły spektakl, którego scenografię natura przygotowywała przez tysiące lat.

A potem na chwilę zgasły światła.

Ciemność.

Nie taka jak w pokoju w nocy. Nie taka, do której po chwili przyzwyczajają się oczy.

Ciemność absolutna.

Nie było widać dłoni. Skał. Człowieka stojącego obok. Własnych myśli.

I wtedy pomyślałem, czym musiało być odkrywanie takich miejsc. Wąski snop światła przed sobą, ciemność za plecami, ciasne przejście, podziemna woda i świadomość, że nikt nie wie, co znajduje się za następnym zakrętem.

Pełen szacunek dla grotołazów, a klaustrofobia zdecydowanie nie może znajdować się wysoko na liście ich słabości. 🙂

A potem Uvac pokazał nam jeszcze jedną twarz.

Molitva.

Punkt widokowy położony wysoko nad meandrami. Dotarliśmy tam przed zachodem słońca.

I chyba właśnie wtedy Uvac wygrał tę podróż.

Uprzedzając wszystkie miejsca, które mieliśmy zobaczyć później: dla nas było to najpiękniejsze miejsce całego wyjazdu.

Dzikie. Spokojne. Nieokiełznane.

Słońce schodziło coraz niżej, światło przesuwało się po zboczach, a rzeka daleko pod nami wiła się pomiędzy górami.

I był to widok niemal boski.

Nieważne, którego boga się czci i czy czci się jakiegokolwiek. Patrząc z góry na meandry Uvacu, łatwo przez chwilę uwierzyć, że ktoś musiał mieć udział w projektowaniu tego miejsca.

Dwa dni z Samirem, jego rodziną i niepodrabialną rakiją minęły zdecydowanie za szybko.

Mieliśmy przecież jechać dalej. Taki był pomysł tej podróży: nie zatrzymywać się za długo, przemieszczać się, odkrywać.

Tylko że właśnie w takich miejscach człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomylił podróżowania z przemieszczaniem się.

Gdybyśmy mogli, zostalibyśmy w Uvacu dłużej.

Dla ciszy.

Dla zieleni.

Dla kolejnego wieczoru z rakiją.

Dla rzeki, która za każdym zakrętem obiecywała coś nowego.

Uvac był jak głęboki oddech po długim dniu.

Jak sen po ciężkiej pracy.

Jak cisza nocy po całym dniu hałasu.

Ale gdzieś dalej czekało Kosowo.

A ja znowu zaczynałem tęsknić za miejscem, którego jeszcze nie znałem.

***

Moja ciekawość była ogromna. Co to właściwie za miejsce? Kim są ludzie, którzy tam mieszkają? Jak wygląda codzienność w jednym z najmłodszych państw Europy, którego niepodległość wciąż nie jest uznawana przez wszystkie kraje świata? I chyba najważniejsze: ile z moich wcześniejszych wyobrażeń okaże się prawdą, a ile rozsypie się zaraz po przekroczeniu granicy?

Dziś trochę wstyd mi się do tego przyznać, ale gdzieś z tyłu głowy miałem również pytanie, jak bardzo „niecywilizowane” okaże się Kosowo. Tak właśnie działają stereotypy. Człowiek może uważać się za otwartego na świat, może podróżować, czytać i oglądać, a mimo to jedzie w nieznane z bagażem wyobrażeń, których pochodzenia nawet nie potrafi wskazać.

I może właśnie po to warto podróżować – żeby od czasu do czasu ten bagaż zostawić gdzieś przy drodze.

Z Uvacu jechaliśmy więc dalej. Z jednej strony żal było opuszczać miejsce, które tak bardzo nas urzekło, z drugiej ciekawość pchała nas w stronę Prizrenu.

Tyle że – jak już zdążyliśmy się przekonać – między naszym planem a planem Google nie zawsze panowała pełna zgodność.

Do Kosowa mieliśmy wjechać z Serbii.

Wjechaliśmy z Czarnogóry.

Bo przecież można było zaoszczędzić siedem minut.

W ten sposób zupełnie nieplanowanie zaliczyliśmy kolejny kraj i zobaczyliśmy kawałek Czarnogóry, którego zapewne żadne biuro podróży nie umieściłoby na okładce katalogu. Drogi bardzo lokalne, okolica bardzo odludna, a my coraz częściej zastanawialiśmy się, czy nawigacja rzeczywiście wie, dokąd nas prowadzi.

Wiedziała.

Przynajmniej ostatecznie.

I właśnie gdzieś tam, na jednym z przejść granicznych, padło pamiętne pytanie strażnika:

– Dokąd jedziecie?

Spojrzeliśmy na siebie.

Dobre pytanie.

W planie było Kosowo. Byliśmy w Czarnogórze. Google twierdził, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Trudno z tym dyskutować. 🙂

W końcu przekroczyliśmy granicę i po raz kolejny podczas tej podróży pierwsze zaskoczenie przyszło, zanim jeszcze wysiedliśmy z samochodu.

Drogi.

Znowu.

Szerokie, dobre, miejscami bardzo nowoczesne. Kosowo nie wyglądało tak, jak gdzieś wcześniej zdołałem je sobie wyobrazić. Po kilku kilometrach zacząłem się wręcz zastanawiać, skąd właściwie wzięły się moje wcześniejsze oczekiwania.

Drugim zaskoczeniem byli kierowcy.

Mam swoją teorię dotyczącą jazdy samochodem na południu Europy. Im dalej na południe, tym więcej oczu powinien mieć kierowca. Dwoje normalnych, trzecie z tyłu głowy i jeszcze kilka awaryjnych na wypadek skutera pojawiającego się znikąd, samochodu wyprzedzającego tam, gdzie teoretycznie nie da się wyprzedzać, psa śpiącego na środku drogi albo policjanta, którego spotkanie potrafi mocno podnieść koszt wakacji.

Przejechałem samochodem całe południe Europy i nauczyłem się tam zasady ograniczonego zaufania w jej najbardziej rozwiniętej formie.

Tymczasem w Kosowie było… spokojnie.

Oczywiście to tylko nasze doświadczenie z określonej trasy, ale nie widzieliśmy drogowego szaleństwa, którego podświadomie się spodziewałem. Kierowcy jechali normalnie, ruch był przewidywalny, a moje dodatkowe oczy mogły trochę odpocząć.

Za to samochody odpocząć im nie pozwalały.

Bo to, co jeździło po kosowskich drogach, momentami powodowało opad szczęki. Lamborghini Urus, Bentley, BMW serii 7, Mercedesy klasy S, Maybachy, wielkie SUV-y i limuzyny, których ceny zdecydowanie nie kojarzyły mi się z obrazem Kosowa, jaki wcześniej miałem w głowie.

Ferrari chyba nie widziałem.

Albo po prostu przestałem zwracać uwagę.

Najbardziej zastanawiające było jednak co innego – ogromna część tych samochodów miała niemieckie tablice rejestracyjne. Kosowo ma liczną diasporę w Europie Zachodniej, a latem wielu ludzi wraca w rodzinne strony. My trafiliśmy właśnie na ten okres. Mam też własną teorię dotyczącą tych samochodowych luksusów, ale niech zostanie ona moja:-)

Im bliżej byliśmy Prizrenu, tym bardziej zwracało naszą uwagę jeszcze coś innego.

Albańskie flagi.

Były wszędzie. Na budynkach, balkonach, sklepach, samochodach i koszulkach. Czarny dwugłowy orzeł na czerwonym tle pojawiał się znacznie częściej, niż się tego spodziewaliśmy.

I właśnie wtedy po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, która później wracała jeszcze wielokrotnie: Kosowo wydawało nam się momentami bardziej albańskie niż sama Albania.

Oczywiście było to tylko nasze wrażenie – i do tego zbudowane przede wszystkim na Prizrenie oraz miejscach mijanych po drodze. Kosowo jest znacznie bardziej złożone, niż można ocenić przez szybę samochodu. Albański i serbski są językami urzędowymi, żyją tu również inne społeczności, a historia wzajemnych relacji Albańczyków i Serbów jest tak skomplikowana i bolesna, że zdecydowanie nie da się jej streścić pomiędzy jednym zdjęciem a drugim.

Ale podróżnik najpierw widzi.

Dopiero później zaczyna rozumieć.

My widzieliśmy czerwone flagi z czarnym orłem, meczety, albańskie napisy i ludzi, którzy – jak się za chwilę okazało – przyjęli nas z otwartymi ramionami.

Do hotelu w samym sercu Prizrenu dotarliśmy po południu i zostaliśmy przyjęci niemal jak królowie.

Naprawdę zrobiło nam się trochę głupio. Na wejściu pojawiła się praktycznie cała rodzina: mama, tata i dwóch synów. Starszy mówił po angielsku, co bardzo ułatwiło sprawę, bo nasz albański ograniczał się mniej więcej do zera.

Zanim zdążyliśmy dobrze zorientować się w sytuacji, zaopiekowano się nami, bagażami i samochodem. Wszystko z uśmiechem, bez pośpiechu i z takim rodzajem naturalnej gościnności, którego nie da się nauczyć na szkoleniu dla hotelarzy.

To była jedna z tych sytuacji, kiedy po kilku minutach człowiek przestaje czuć się klientem.

Staje się gościem.

I być może właśnie dlatego Prizren od początku nam się spodobał.

Miasto nie jest wielkie, co przy specyfice tej podróży okazało się zaletą. Mieliśmy jedno popołudnie i poranek, a mimo to mogliśmy spokojnie pospacerować po historycznym centrum, usiąść w knajpce, popatrzeć na ludzi i jeszcze wdrapać się na twierdzę.

Prizren ma zresztą w sobie coś, czego podczas tej podróży szukaliśmy: różne historie nakładają się tutaj na siebie zamiast grzecznie stać osobno. Meczet Sinana Paszy z początku XVII wieku, cerkwie, kościoły katolickie, osmańska zabudowa, kamienny most, stare uliczki i twierdza górująca nad miastem tworzą krajobraz, w którym trudno narysować prostą granicę pomiędzy Wschodem i Zachodem.

Sama twierdza jest jeszcze starszą opowieścią. Wzgórze było zamieszkane już w czasach prehistorycznych, a kolejne epoki zostawiały tam swoje ślady: starożytność, Bizancjum, średniowiecze i czasy osmańskie. Z góry widać więc współczesne miasto, stojąc jednocześnie na kilku tysiącach lat historii.

Tyle historii, a pod nią współczesne miasto pełne młodych ludzi.

Podobnie jak wcześniej w Nowym Sadzie, wieczorem stare centrum należało właśnie do nich. Restauracje i kawiarnie były pełne, ludzie spacerowali, rozmawiali, siedzieli nad rzeką. Było gwarno, ale nie męcząco. Turystycznie, ale jeszcze bez poczucia, że całe miasto zostało stworzone wyłącznie po to, żeby sprzedać przyjezdnym magnes na lodówkę.

Usiedliśmy oczywiście i my.

A skoro siedzieliśmy, należało sprawdzić, co miejscowi mają do zaoferowania.

Religia religią, ale lokalne wino i piwo również miały się dobrze. 🙂

Następnego dnia przyszedł czas na twierdzę – Kalaję e Prizrenit.

I tutaj pojawił się drobny problem.

Było około czterdziestu stopni, a twierdza, jak to twierdza, miała tę irytującą właściwość, że znajdowała się na górze.

Ruszyliśmy.

Po kilku minutach zaczęliśmy się zastanawiać, czy widok rzeczywiście jest tego wart. Po kolejnych – dlaczego człowiek na wakacjach dobrowolnie robi sobie takie rzeczy.

Ale oczywiście było warto.

Prizren leżał pod nami jak na dłoni. Stare miasto, dachy, minarety, kościelne wieże, nowsze dzielnice, a dalej góry. Z góry jeszcze lepiej było widać, jak różne warstwy tego miejsca leżą obok siebie, czasami harmonijnie, czasami zupełnie bez ładu.

Pot lał się z nas litrami, ale widok wynagradzał wszystko.

Po zejściu mogliśmy już z czystym sumieniem wzmocnić organizm czymś lokalnym, a potem zanurzyć się w uliczkach i straganach. Obok typowej turystycznej chińszczyzny można było znaleźć również lokalne rękodzieło i rzeczy rzeczywiście wykonane na miejscu.

I jeszcze jeden drobiazg, bardzo praktyczny dla podróżujących: w Kosowie płaci się euro.

Kosowo nie należy ani do Unii Europejskiej, ani do strefy euro i nie ma umowy monetarnej z Unią. Euro funkcjonuje tam jednak jako waluta de facto. Dla nas oznaczało to po prostu brak kolejnego kantoru, przeliczania cen i następnych monet, które po powrocie przez kilka lat mieszkają w szufladzie.

I chyba właśnie takie drobne paradoksy najbardziej mnie tam fascynowały.

Z jednej strony niezwykle silnie widoczna albańska tożsamość. Z drugiej – euro, drogie samochody na niemieckich numerach, diaspora, współczesne restauracje i kawiarnie, młodzi ludzie żyjący podobnie jak ich rówieśnicy w innych częściach Europy.

A ja przed przyjazdem zastanawiałem się, jak bardzo „niecywilizowane” będzie Kosowo.

No właśnie.

Podróże czasami bardzo elegancko pokazują człowiekowi, gdzie może sobie wsadzić własne stereotypy. 🙂

Prizren pozostał jedynym miejscem w Kosowie, w którym zatrzymaliśmy się na dłużej. Nie liczę mijanych po drodze wsi i miasteczek. Prisztina znajdowała się wprawdzie w pierwotnym zarysie naszej trasy, ale po rozmowie z parą młodych Polaków zrezygnowaliśmy.

To oni nazwali ją „miastem z kartonu”.

My tego nie zweryfikowaliśmy.

Dlatego nie będę udawał, że wiem, jaka jest Prisztina. Być może popełniliśmy błąd. Być może właśnie tam czekałoby na nas kolejne zaskoczenie, a ja po powrocie pisałbym teraz coś zupełnie innego.

Ale podróżowanie bez sztywnego planu ma również tę stronę: czasami trzeba wybrać, czego się nie zobaczy.

Komunistycznej i postkomunistycznej architektury mieliśmy jeszcze sporo świeżo w pamięci po Belgradzie. Prizren zobaczyliśmy na tyle dokładnie, że nie czuliśmy niedosytu, a przed nami była kolejna biała plama na mojej prywatnej mapie.

Macedonia Północna.

I gdzieś podczas jazdy pojawiła się myśl, której przed przyjazdem zupełnie się nie spodziewałem.

Do Kosowa chciałbym kiedyś wrócić.

Tylko że to miejsce trafiło właśnie na bardzo niewygodną listę.

Listę miejsc, do których chciałbym wrócić, choć na świecie jest jeszcze tyle innych, których w ogóle nie widziałem.

A przecież za nimi też już tęsknię.

***

Z Kosowa ruszyliśmy dalej, w stronę Macedonii Północnej. Granicę przekroczyliśmy niedaleko Skopje i właściwie powinniśmy byli pojechać właśnie tam. Stolica znajdowała się w pierwotnym planie, ale zadziałało dokładnie to samo źródło informacji, które wcześniej odciągnęło nas od Prisztiny. Młodzi Polacy spotkani po drodze określili Skopje podobnie – jako kolejne „miasto z kartonu”.

I znowu: nie sprawdziliśmy, więc nie będę udawał, że wiem, jakie jest Skopje. Być może ominęliśmy coś fascynującego. Być może wielkie pomniki, monumentalne fasady i słynny projekt przebudowy centrum zrobiłyby na nas zupełnie inne wrażenie. Wtedy jednak mieliśmy już za sobą Belgrad, przed sobą Ochrydę, a czasu jak zwykle mniej niż miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć.

Skręciliśmy więc w prawo i pojechaliśmy nad jezioro.

Macedonia Północna była kolejnym krajem, który od dawna drażnił moją ciekawość. Wiedziałem o nim zdecydowanie za mało, a niewiedza – jak już zdążyłem się podczas tej podróży przekonać – bardzo dobrze karmi wyobraźnię.

Kim właściwie są Macedończycy? Grekami? Słowianami? Jakim językiem mówią? Skąd wzięła się Macedonia Północna, skoro na mapie Grecji również znajduje się Macedonia?

Odpowiedź na pierwsze pytanie okazała się najprostsza: Macedończycy tworzą odrębny naród, a język macedoński należy do grupy języków południowosłowiańskich. Znaczącą część mieszkańców kraju stanowią Albańczycy. Największą wspólnotą religijną jest prawosławie, ale islam również jest ważną częścią religijnego krajobrazu kraju – szczególnie w regionach zamieszkanych przez Albańczyków i Turków.

Bałkany po raz kolejny pokazywały nam, że proste szufladki działają tutaj wyjątkowo źle.

Sama nazwa państwa jest zresztą najlepszym przykładem tego, jak mocno historia potrafi wpływać na współczesność. Przez lata Grecja sprzeciwiała się używaniu przez sąsiada nazwy „Macedonia”, ponieważ Macedonia jest również nazwą historycznego i geograficznego regionu obejmującego znaczną część północnej Grecji. Spór trwał prawie trzy dekady. Dopiero porozumienie podpisane w 2018 roku nad jeziorem Prespa doprowadziło do zmiany nazwy państwa, która oficjalnie weszła w życie w 2019 roku: Republika Macedonii Północnej.

Jedno słowo – „Północna” – a za nim lata polityki, historii, emocji i sporów o tożsamość.

Może właśnie dlatego Bałkany są tak fascynujące. Tutaj nazwa państwa, pomnik, alfabet albo świątynia potrafią opowiadać historię znacznie dłuższą niż ich własne istnienie.

Nas jednak w tamtej chwili bardziej od historii interesowała droga.

I po raz kolejny drogi nas zaskoczyły.

Na trasie w kierunku Ochrydy widać było ogromne inwestycje. Nowe odcinki, wiadukty, budowy ciągnące się kilometrami. Mieliśmy wrażenie, że za jakiś czas przejazd przez tę część kraju będzie wyglądał zupełnie inaczej.

Stara droga miała za to pewien urok ekonomiczny. Co jakiś czas pojawiały się bramki, na których płaciliśmy równowartość kilkudziesięciu centów albo jednego euro. Po wcześniejszych doświadczeniach z autostradą A2 w Polsce kwoty wydawały się niemal symboliczne.

Była to pierwsza zapowiedź czegoś, co później zauważyliśmy wielokrotnie.

Macedonia Północna była dla nas po prostu tania.

Po drodze popełniliśmy natomiast błąd.

Minęliśmy Kanion Matka.

Nie wiem, czy zadziałało zmęczenie, czy zapatrzyliśmy się już w stronę Ochrydy, ale odpuściliśmy miejsce, które – patrząc później na zdjęcia – mogło dostarczyć nam podobnych uniesień jak Uvac.

Nie da się jednak zobaczyć wszystkiego.

To jedno z tych zdań, które podróżnik powtarza sobie bardzo często, choć nigdy do końca w nie nie wierzy.

Ochryda miała nam tę stratę wynagrodzić.

I wynagrodziła.

Chociaż niezupełnie tak, jak się spodziewaliśmy.

Wybraliśmy ją jako jeden z głównych celów całej podróży. Po Serbii, Kosowie, setkach kilometrów i ciągłym przemieszczaniu się chcieliśmy trochę zwolnić. Odpocząć. Naładować akumulatory przed drugą częścią wyprawy.

Bez jogi, medytacji i innych azjatyckich czarów, a miały nam wystarczyć cisza, góry i jezioro.

Problem polegał na tym, że podobny pomysł miało najwyraźniej pół Europy.

Ochryda w sierpniu nie była cicha.

Była pełna Macedończyków, Polaków, Włochów, Niemców i przedstawicieli wielu innych narodów, którzy najwyraźniej również postanowili ładować akumulatory dokładnie w tym samym miejscu i dokładnie w tym samym czasie.

Stare miasto było piękne. Wąskie uliczki pięły się po zboczu, spomiędzy domów co chwilę pojawiał się błękit jeziora, a cerkwie wyrastały tam, gdzie człowiek najmniej się ich spodziewał. Tylko zamiast ciszy dostaliśmy gwar, tłum i wakacyjny chaos.

Trochę żałowaliśmy, że nie wybraliśmy noclegu gdzieś poza miastem, w spokojniejszym miejscu nad jeziorem.

Ale bogowie i wszyscy prawosławni święci niech bronią – nie zamierzam marudzić. 🙂

Skoro nie mogliśmy mieć całej Ochrydy dla siebie, trzeba było wykroić z niej własną.

I zaczęliśmy od ciała.

Konkretnie od wina.

Vranec.

Tamjanika.

Po całym dniu jazdy pierwszy kieliszek smakował wybornie. Być może swoje zrobiło zmęczenie, może temperatura, może świadomość, że następnego dnia nie musimy od razu pakować walizek do samochodu. Ale muszę przyznać, że właśnie tutaj piliśmy jedne z najlepszych win tej podróży.

Zresztą cała nasza wyprawa odbywała się trochę pod patronatem lokalnych win. Skoro już jechaliśmy przez tyle krajów, grzechem byłoby nie sprawdzić, co każdy z nich potrafi zamknąć w butelce.

Oczywiście dla zachowania równowagi w każdym kraju próbowałem również lokalnego piwa. Człowiek powinien być przecież rzetelny w badaniach. 🙂

W Macedonii szczególnie przypadły nam do gustu Vranec – mocny, ciemny, bałkański szczep czerwonych winogron – oraz aromatyczna biała Tamjanika. Wina z Tikvešu czy Bovin sprawiały, że bardzo łatwo znajdowaliśmy powód, żeby gdzieś przysiąść.

Kieliszek wina, ciepły wieczór i jezioro.

Akumulatory zaczynały się ładować.

Następnego dnia przyszedł czas na te duchowe.

I tutaj Ochryda rzeczywiście pokazała, dlaczego od tak dawna przyciąga ludzi.

Samo jezioro jest czymś znacznie więcej niż ładnym tłem dla wakacyjnych fotografii. Ma około dwóch–trzech milionów lat i należy do najstarszych jezior Europy. Przez ten niewyobrażalnie długi czas powstał w nim osobny świat – ponad dwieście gatunków roślin i zwierząt występuje tylko tutaj.

Dwa albo trzy miliony lat.

Próbowałem to sobie wyobrazić, stojąc nad brzegiem.

Nie potrafiłem.

Człowiek ze swoim życiem, planami, problemami, pracą, rachunkami i poczuciem własnej ważności staje nad wodą, która była tutaj miliony lat przed nim i – jeśli jej nie zniszczymy – zapewne będzie długo po nim.

W takich miejscach perspektywa bardzo szybko się zmienia.

Woda była niezwykle przejrzysta. Nawet kiedy odpływaliśmy dalej od brzegu, nadal można było zaglądać pod powierzchnię. Jezioro ma około 36 kilometrów długości, miejscami prawie 15 kilometrów szerokości i niemal 300 metrów głębokości, ale liczby niewiele mówią, kiedy stoi się nad nim rano i patrzy na góry po drugiej stronie.

Znacznie lepiej robi to cisza.

Tę prawdziwą znajdowaliśmy przede wszystkim w cerkwiach.

Małych, starych, ciemnych, pachnących dymem świec i kadzidłem. Człowiek wchodzi z rozgrzanej ulicy i nagle zostawia za drzwiami hałas, słońce i tłum.

Nie trzeba być religijnym, żeby takie miejsca działały.

Może nawet nie chodzi o religię. Może o świadomość, że przez setki lat ludzie przychodzili tutaj ze swoimi lękami, nadziejami, prośbami i wdzięcznością. Że stali w tym samym półmroku i patrzyli na te same ikony.

Na chwilę człowiek przestaje się spieszyć.

Najbardziej pocztówkowym miejscem Ochrydy jest chyba cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo. Niewielka świątynia stoi na skalistym zboczu nad samym jeziorem i wygląda tak, jakby ktoś najpierw wymyślił idealny kadr, a dopiero później postawił w nim cerkiew.

Oczywiście nie byliśmy jedynymi, którzy to zauważyli. Każdy chciał mieć swoje zdjęcie.

My też.

Na pobliskich wzgórzach malarze robili to samo po staremu – zamiast aparatu mieli płótno i farby. I chyba właśnie oni najlepiej pasowali do tego krajobrazu.

Można było godzinami chodzić po starym mieście, zaglądać do kolejnych świątyń, wspinać się uliczkami i co chwilę zatrzymywać dla widoku na jezioro.

My postanowiliśmy również zobaczyć je od strony wody.

Popłynęliśmy do monasteru św. Nauma, niemal przy granicy z Albanią. Sam klasztor położony jest nad jeziorem, wśród zieleni, i – jak niemal wszystko w tej okolicy – oferuje widok, przy którym aparat sam zaczyna prosić o wyjęcie z torby.

Tyle że św. Naum przygotował dla nas coś jeszcze.

Przy wejściu do cerkwi siedział brodaty zakonnik. Spojrzał na Olę i najwyraźniej dostrzegł w niej bardzo dobrą i pozytywną osobę, bo zaczął ją obdarowywać.

Dostała więc święte obrazki, które na naszą wyraźną prośbę podpisał, i kilka ofiarnych świeczek.

Ze świeczkami pojawił się jednak problem.

Za diabła nie chciały stać.

Próbowaliśmy umieścić je w przeznaczonym do tego miejscu, ale uparcie zwisały niczym zdechłe marchewki.

I do dziś nie wiem, czy nasze prośby i modlitwy zostały dzięki temu wysłane do góry, ku dobrym duchom, czy może jednak skierowały się w dół.

Wprawdzie w święconą ziemię.

Ale nigdy nie wiadomo, co czai się jeszcze niżej. 🙂

Po drodze do św. Nauma zatrzymaliśmy się również w Zatoce Kości – Bay of Bones – rekonstrukcji prehistorycznej osady na palach. Pod wodą odkryto pozostałości tysięcy drewnianych pali oraz ślady osadnictwa z epoki brązu i żelaza. Dzisiaj na ich podstawie odtworzono fragment osady, pokazując, jak mogło wyglądać życie ludzi nad Jeziorem Ochrydzkim tysiące lat temu.

Trochę taki nasz Biskupin, tylko na wodzie i z bałkańskimi górami w tle.

Warto zobaczyć, ale szczerze mówiąc, mnie znacznie bardziej poruszały miejsca, w których historia pozostała na swoim miejscu, zamiast zostać odbudowana dla turystów.

Takim miejscem był antyczny teatr w Ochrydzie.

Usiadłem na kamiennych stopniach i tym razem wyobraźnia dostała znacznie więcej przestrzeni.

Teatr powstał w epoce hellenistycznej, jeszcze przed przejęciem tych terenów przez Rzymian. Później Rzymianie wykorzystywali go do własnych widowisk. Po upowszechnieniu chrześcijaństwa został opuszczony i z czasem zasypany, dzięki czemu część budowli przetrwała do naszych czasów.

Dzisiaj znowu odbywają się tam koncerty i przedstawienia.

Lubię takie miejsca.

Kamień zostaje, ludzie się zmieniają.

Przez dwa tysiące lat publiczność siedzi niemal w tym samym miejscu, tylko spektakl jest inny.

Ochryda miała też swoją bardziej przyziemną specjalność.

Perły.

Perły ochrydzkie nie są jednak perłami w klasycznym znaczeniu. To ręcznie wykonywana biżuteria, której charakterystyczną powierzchnię uzyskuje się tradycyjną metodą związaną z miejscowymi rybami. Dokładne receptury są pilnie strzeżonymi rodzinnymi tajemnicami, a z ich wyrobem od pokoleń kojarzone są przede wszystkim rodziny Filevi i Talevi.

Oczywiście w sklepach można znaleźć „perły ochrydzkie” niemal wszędzie.

Ale jeżeli sprzedaje je ktoś pomiędzy magnesem z Chin a plastikowym Aleksandrem Wielkim, istnieje pewne ryzyko, że rodzinny sekret produkcji znajduje się jednak gdzieś w okolicach Shenzhen. 🙂

Mnie natomiast zupełnie niespodziewanie przyciągnęło inne miejsce.

Galeria afrykańska.

Niedaleko cerkwi św. Zofii trafiliśmy na galerię macedońskiej fotografki i podróżniczki Biljany Jurukovski. Weszliśmy właściwie z ciekawości, a zostaliśmy znacznie dłużej, niż planowaliśmy.

Na ścianach wisiały fotografie z Afryki.

Portrety. Ludzie. Miejsca.

I nagle w Macedonii, kilka tysięcy kilometrów od Afryki, zobaczyłem na cudzych fotografiach obrazy, które sam wcześniej fotografowałem. Te same motywy, podobne twarze, znajome krajobrazy.

Podróże czasami robią takie dziwne pętle.

Jedziesz szukać czegoś zupełnie nowego, a nagle znajdujesz kawałek miejsca, które już znasz.

Może właśnie dlatego wróciliśmy do tej galerii jeszcze raz.

Nie po to, żeby coś kupić.

Żeby jeszcze trochę popatrzeć.

A po kilku dniach przyszedł czas ruszyć dalej.

I wtedy pojawiło się pytanie, które wraca do mnie właściwie podczas każdej podróży.

Co jest silniejsze?

Smutek, że wyjeżdżasz i zostawiasz coś za sobą?

Czy radość, że za następnym zakrętem czeka miejsce, którego jeszcze nie znasz?

W Ochrydzie po raz kolejny nie znalazłem odpowiedzi.

Może jedno bez drugiego nie istnieje.

Może właśnie dlatego podróżujemy.

Żeby zatęsknić za miejscem, z którego wyjeżdżamy, i jednocześnie tęsknić za tym, do którego jeszcze nie dotarliśmy.

Przed nami była Albania.

***

Granica znajdowała się właściwie tuż obok. Monaster św. Nauma leży zaledwie kilka kilometrów od niej, więc wystarczyło objechać kawałek jeziora i po chwili znaleźliśmy się w kolejnym kraju.

Albania nie była zupełnie nieznana. Byłem tu już wcześniej, ale tym razem mieliśmy zobaczyć ją trochę inaczej – od strony Macedonii Północnej przejechać przez kraj aż do Durrës, skąd czekał nas nocny prom do Bari.

I właśnie ten prom był problemem.

Nie sam prom oczywiście, tylko czas.

Przez większość tej podróży mogliśmy właściwie robić, co chcieliśmy. Zostać gdzieś dłużej, skrócić pobyt, zmienić trasę, ominąć miasto albo nagle znaleźć się w Czarnogórze, bo Google postanowił zaoszczędzić siedem minut.

Prom nie miał poczucia humoru.

Miał godzinę odpłynięcia.

Po raz pierwszy od wielu dni pojawiło się więc coś, czego podczas tej wyprawy staraliśmy się unikać – konieczność bycia w konkretnym miejscu o konkretnej porze.

Zanim jednak dotarliśmy do Durrës, zboczyliśmy trochę z drogi do Beratu.

Miasta tysiąca okien.

Widziałem wcześniej zdjęcia białych osmańskich domów wspinających się po zboczu i charakterystycznych rzędów okien patrzących w stronę rzeki Osum. Wiedziałem mniej więcej, czego się spodziewać.

Nie wiedziałem tylko, że będziemy oglądać je w temperaturze, w której człowiek zaczyna poważnie zastanawiać się, czy zwiedzanie jest rzeczywiście niezbędnym elementem podróżowania.

Termometr pokazywał około czterdziestu dwóch stopni.

Cienia było za mało. Słońca zdecydowanie za dużo.

Berat, wpisany razem z Gjirokastrą na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jest jednym z najlepiej zachowanych przykładów historycznego miasta osmańskiego na Bałkanach. Po jednej stronie rzeki wznosi się Mangalem z białymi domami przyklejonymi do zbocza, po drugiej Gorica, a wysoko nad nimi góruje twierdza.

Normalnie człowiek patrzy na taki widok i myśli: pięknie.

Przy czterdziestu dwóch stopniach myśli najpierw: gdzie jest cień?

Dopiero potem: pięknie.

Albania pachniała tego dnia rozgrzanym kamieniem. Powietrze niemal stało w miejscu, ulice falowały od gorąca, a każdy kawałek cienia był dobrem strategicznym.

I wtedy pojawił się granat.

Nie owoc.

Sok.

Świeżo wyciskany, zimny, z lodem. Nieważne skąd ten lód. Ważne, że zimny.

Nie wiem, czy rzeczywiście był to najlepszy sok z granatu na świecie. Prawdopodobnie nie. Ale istnieją smaki, których nie da się oceniać obiektywnie, bo połowę ich wartości tworzy chwila.

Ten miał w sobie czterdzieści dwa stopnie upału, zmęczenie, kurz, rozgrzany Berat i szklankę zimnego, cierpkiego płynu trzymaną w dłoni.

I smakował genialnie.

Właśnie takie rzeczy zostają później w pamięci. Nie nazwa restauracji, nie numer drogi, czasami nawet nie kolejna data z przewodnika, tylko smak, zapach i temperatura.

Może dlatego podróże pamięta się całym ciałem.

Już w drodze do portu, na zwykłej krajowej drodze, przypomniała nam się jeszcze jedna rzecz, którą lubię w Albanii.

Przydrożne stragany.

I arbuzy.

Ogromne, dojrzałe, leżące przy drodze i wyglądające tak, jakby właśnie na nas czekały.

Postanowiliśmy kupić jednego.

A właściwie dwa.

Teoretycznie nic prostszego.

Problem pojawił się, kiedy chcieliśmy dogadać się ze sprzedawcą. My nie mówiliśmy po albańsku. On nie mówił po angielsku, niemiecku ani w żadnym innym języku, który mógłby nam w tej chwili pomóc.

Pozostał więc najbardziej międzynarodowy język świata.

Ręce.

I translator.

Nie wiem, ile dokładnie trwały negocjacje, ale ostatecznie wszyscy byli zadowoleni.

My mieliśmy arbuzy, sprzedawca pieniądze, a Ola i ja kolejną historię, którą można było później opowiadać znacznie dłużej, niż trwało samo kupowanie.

To też lubię w podróżowaniu.

W domu człowiek idzie do sklepu, bierze arbuza, przykłada kartę i wychodzi.

Koniec historii.

W Albanii kupno arbuza może stać się wydarzeniem dnia.

A Durrës czekało.

A właściwie nie Durrës.

Prom.

Ruszyliśmy więc w stronę wybrzeża. Krajobraz zmieniał się, ruch gęstniał, a im bliżej byliśmy morza, tym wyraźniej wracała Albania, którą pamiętałem z poprzedniej wizyty – bardziej chaotyczna, głośniejsza, żyjąca własnym rytmem.

Durrës nie miało być tym razem celem.

Miało być bramą.

Dojechaliśmy do portu z odpowiednim zapasem czasu i po raz pierwszy od początku wyprawy musieliśmy podporządkować się procedurze. Dokumenty, kolejka, odprawa, samochody ustawiające się przed wjazdem na prom.

Po dniach, w których sami decydowaliśmy, kiedy ruszamy i kiedy się zatrzymujemy, nagle ktoś inny mówił nam, gdzie mamy stanąć i kiedy możemy jechać.

Nasz bawarski czołg grzecznie wtoczył się więc do brzucha statku.

Zgasiliśmy silnik.

I to było dziwne uczucie.

Przez ostatnie dni samochód był naszym małym domem, magazynem, garderobą, środkiem transportu i jedynym stałym punktem w ciągle zmieniającym się krajobrazie. Każdego ranka wrzucaliśmy do niego rzeczy i jechaliśmy dalej.

Teraz zostawał kilka pokładów niżej.

A my przez noc nie mieliśmy jechać nigdzie.

Morze miało zrobić to za nas.

Wyszliśmy na pokład.

Za rufą zostawały światła Durrës, a gdzieś za nimi Albania, Macedonia Północna, Kosowo, Serbia i wszystkie drogi, którymi przejechaliśmy w ostatnich dniach.

Przed nami była ciemność Adriatyku.

A jeszcze dalej Włochy.

Bari.

Po raz pierwszy od początku podróży mogliśmy przestać patrzeć na drogę. Nie trzeba było sprawdzać nawigacji, szukać zjazdu, wypatrywać policji ani zastanawiać się, czy Google znowu znalazł skrót przez jakiś dodatkowy kraj.

Statek znał drogę.

My mogliśmy po prostu patrzeć.

I wtedy pomyślałem, że podróż samochodem ma jedną wadę – człowiek niemal cały czas patrzy przed siebie.

Na drogę.

Na następny zakręt.

Na kolejne miejsce.

Na to, co będzie za chwilę.

Dopiero stojąc na pokładzie promu i patrząc na znikające światła Albanii, mogliśmy przez moment spojrzeć za siebie.

Nie tylko na Durrës.

Na Nowy Sad. Belgrad. Uvac. Prizren. Ochrydę. Berat.

Nazwy, które jeszcze kilka dni wcześniej były tylko punktami na mapie, miały już kolor, zapach, smak albo twarz konkretnego człowieka.

Samira z rakiją.

Rodziny z hotelu w Prizrenie.

Zakonnika patrzącego na Olę.

Sprzedawcy arbuzów, z którym nie potrafiliśmy zamienić ani jednego wspólnego słowa.

Jeszcze kilka dni wcześniej wszystkie te miejsca były przede wszystkim nazwami.

Teraz były wspomnieniami.

Światła Albanii powoli znikały.

Przed nami było Bari.

***

Poranek na promie ma w sobie coś dziwnego.

Człowiek zasypia w jednym kraju, a budzi się w drugim. Nie ma granicy, znaku przy drodze ani budki z pogranicznikiem, który zagląda do paszportu.

Jest tylko morze.

A potem na horyzoncie pojawia się ląd.

Włochy.


A właściwie nie po prostu Włochy.

Bari.

***

Nasze – a może powinienem powiedzieć moje – ulubione miejsce we Włoszech.

I Bari przywitało nas tak, jakby wiedziało, że darzymy je uczuciem. Znośną temperaturą, pustymi jeszcze o tej porze lokalami i – co chyba należałoby uznać za największy dowód sympatii ze strony włoskiego miasta – miejscem parkingowym niemal w samym Bari Vecchia.

Kto próbował zaparkować samochód w starym włoskim mieście, ten wie, że takie rzeczy ocierają się o cud.

Byliśmy tutaj już wcześniej, jesienią, dlatego tym razem nie mieliśmy potrzeby zaliczania zabytków, biegania z mapą ani sprawdzania, co koniecznie „trzeba zobaczyć”.

My chcieliśmy sprawdzić, czy Bari nadal jest nasze.

Było.

Chociaż jedną zmianę zauważyliśmy niemal natychmiast.

Ceny poszły mocno w górę.

Poziom wina w kieliszkach – wyraźnie w dół.

Widocznie sezon wakacyjny rządzi się własnymi prawami. 🙂

Na szczęście cała reszta pozostała na swoim miejscu.

Bari Vecchia nadal było plątaniną ciasnych uliczek, balkonów, suszącego się prania, skuterów, małych placów i kamiennych domów stojących tak blisko siebie, jakby mieszkańcy od stuleci prowadzili przez okna jedną niekończącą się rozmowę. Układ tych ulic pamięta jeszcze czasy bizantyjskie i może właśnie dlatego tak łatwo stracić w nich orientację.

Tyle że tutaj zgubienie się nie jest problemem.

Jest sposobem zwiedzania.

Można wejść w jedną uliczkę, skręcić w drugą, potem w trzecią i po kilkunastu minutach nie mieć najmniejszego pojęcia, gdzie się jest. Za kolejnym rogiem pojawia się mały plac, kapliczka, restauracja, otwarte drzwi czyjegoś domu albo starsza pani zajęta czymś, co robiła zapewne dokładnie tak samo wczoraj, dziesięć lat temu i trzydzieści lat temu.

I nigdzie nie trzeba się spieszyć.

A przynajmniej nie należałoby.

My niestety czasu mieliśmy niewiele.

Dlaczego tak lubimy Bari?

Za klimat.

Za jedzenie.

Za ośmiornicę podawaną na dziesiątki sposobów.

Za koninę, która dla wielu może brzmieć egzotycznie, a w Apulii jest częścią lokalnej tradycji kulinarnej.

Za zakupy, które tym razem mogliśmy wreszcie nadrobić, bo podróż samochodem daje zdecydowanie większe możliwości transportowe niż samolot.

Za uliczki, w których można zgubić kilka godzin.

I chyba przede wszystkim za nasze własne wspomnienia z poprzedniego pobytu.

Bo powrót do miejsca różni się od jego odkrywania.

Kiedy jesteś gdzieś pierwszy raz, ciągle patrzysz przed siebie.

Co jest za rogiem?

Co jeszcze trzeba zobaczyć?

Dokąd teraz?

Kiedy wracasz, patrzysz inaczej.

– Pamiętasz?

To słowo pojawia się zadziwiająco często.

Pamiętasz tę uliczkę?

Pamiętasz, gdzie siedzieliśmy?

Pamiętasz, co tutaj jedliśmy?

Pamiętasz tamten wieczór?

Usiedliśmy więc przy jakimś zagubionym placyku na śniadanie i zamiast zastanawiać się, co jeszcze koniecznie musimy zobaczyć, rozglądaliśmy się dookoła.

Pamiętasz?

I chyba właśnie dlatego tak dobrze wraca się do miejsc, które wcześniej zostawiły po sobie coś więcej niż fotografie.

Później był krótki spacer po mieście i kieliszek dobrego wina w miejscu, które już znaliśmy, niedaleko fortecy.

Kieliszek oczywiście tylko dla pasażera.

Kierowca mógł popatrzeć.

Ewentualnie powąchać.

Życie nie zawsze jest sprawiedliwe. 🙂

Nie mieliśmy tym razem czasu, żeby godzinami włóczyć się po Bari Vecchia. Nie dotarliśmy do wszystkich miejsc, które pamiętaliśmy, i nie próbowaliśmy nawet tego robić.

Nie było potrzeby.

Bari nie musiało już niczego nam udowadniać.

Mogliśmy po prostu przez chwilę tam być i zjeść śniadanie.

Usiąść na placu, lub przejść znajomą uliczką.

Przypomnieć sobie poprzednią podróż.

Miło wracać do miejsc, o których myśli się z szerokim uśmiechem.

Miło usiąść przy zagubionym placyku, patrzeć na toczące się obok życie i co chwilę zadawać sobie to samo pytanie:

– Pamiętasz?

Miło jest być w Bari.

Po prostu.

***

Z wielką przyjemnością zostalibyśmy dłużej, ale przed nami był kolejny z głównych punktów tej podróży – San Marino.

Ruszyliśmy więc na północ, starając się z jednej strony jak najbardziej zbliżyć do celu, a z drugiej znaleźć nocleg gdzieś na uboczu.

I znaleźliśmy.

Nazwijmy to miejsce S.

Miasteczko nad Adriatykiem, mniej więcej osiemdziesiąt kilometrów od San Marino.

Miało być tylko noclegiem.

Takim miejscem pomiędzy jednym a drugim. Przyjechać, zjeść, przespać się, rano wsiąść do samochodu i ruszyć dalej.

Tyle że S. najwyraźniej nie znało naszego planu.

Spodobało nam się tak bardzo, że pomysł jednego noclegu bardzo szybko przestał obowiązywać.

Zostaliśmy dzień dłużej.

S. nie jest nawet szczególnie małe. Mieszka tam około czterdziestu kilku tysięcy ludzi, nad Adriatykiem ciągnie się kilometrami szeroka plaża, jest historyczne centrum, mnóstwo hoteli i naprawdę dobra oferta restauracyjna.

Teoretycznie wszystko, czego potrzeba, żeby w sierpniu zostać opanowanym przez turystów.

Tylko że turystów prawie nie było.

A przynajmniej takich jak my.

Byli Włosi.

Włosi na plaży.

Włosi w restauracjach.

Włosi w hotelach.

Włosi na ulicach.

Włosi we własnym sosie.

Czuliśmy się trochę tak, jakbyśmy przez przypadek weszli na prywatne przyjęcie rodzinne i dopiero po chwili zorientowali się, że nikt nas wprawdzie nie wyrzuca, ale też nikt specjalnie nie przewidywał naszej obecności.

Największym zaskoczeniem był język.

Sto kilometrów dalej, w Rimini, bez problemu można funkcjonować w turystycznej wieży Babel. W San Marino – uprzedzając trochę fakty – czasami można odnieść wrażenie, że zaraz ktoś odezwie się do człowieka po polsku.

Tutaj?

Italiano.

Tylko.

Poza kilkoma wyjątkami – recepcjonistką, panią w sklepie z wędlinami i winem oraz szefem kuchni w jednej z pizzerii – praktycznie nikt, z kim mieliśmy kontakt, nie mówił w innym języku niż włoski.

I nagle we Włoszech, kraju przecież doskonale przygotowanym na turystów, wróciliśmy do metod komunikacji znanych nam z albańskiego straganu z arbuzami.

Translator.

Ręce.

Uśmiech.

I odrobina wiary, że to, co za chwilę pojawi się na talerzu, będzie mniej więcej tym, co wydawało nam się, że zamówiliśmy. 🙂

To było fantastyczne.

Tutaj Włochy zachowywały się tak, jakby reszta świata właściwie nie istniała.

I właśnie to podobało nam się najbardziej.

Włochy, które wydawały nam się przecież doskonale znane, znowu stały się trochę obce.

A obcość w podróży bywa bardzo przyjemna.

Spróbowaliśmy autorskiej pizzy, zjedliśmy świetne owoce morza, piliśmy miejscowe wino i robiliśmy wszystko, co rozsądny człowiek powinien robić nad Adriatykiem w sierpniu.

Prawie.

Bo rozsądny człowiek w samo południe siedzi w cieniu i popija coś zimnego.

My poszliśmy na spacer.

Miasto było niemal puste. Rolety opuszczone, ulice rozgrzane, słońce wysoko, a dwóch turystów z północy maszerowało przez centrum, jakby temperatura była jedynie sugestią.

Każdy odpoczywa po swojemu. 🙂

Dotarliśmy również nad morze, gdzie stoi pomnik Penelopy patrzącej w stronę Adriatyku i wypatrującej powrotu ukochanego.

Ona czekała.

My przeciwnie.

Cała ta podróż polegała przecież na tym, żeby nie czekać, tylko sprawdzać, co jest dalej.

Tyle że S. przypomniało nam o jeszcze jednej rzeczy.

Czasami warto nie jechać dalej od razu.

Niektóre miejsca pojawiają się przypadkiem. Nie ma ich na liście, nie zaznacza się ich przed wyjazdem na mapie i nie czyta o nich przewodników.

Miały być tylko noclegiem.

A potem nagle okazuje się, że zostaje się o dzień dłużej.

I może właśnie takie miejsca najłatwiej polubić, bo niczego od nich wcześniej nie oczekiwaliśmy.

Dlatego nazwy nadal nie podam.

Po co psuć Włochom ich prawie bez-turystyczny raj? 🙂

***

Po dwóch dniach naszego chwilowego przeistaczania się we Włochów trzeba było ruszyć dalej.

Celem było San Marino.

Na szczęście mieliśmy niedaleko i dotarliśmy wystarczająco wcześnie, żeby wyprzedzić wakacyjny najazd turystów. Autobusy jeszcze nie zdążyły wypluć swoich pasażerów, samochody nie zapełniły wszystkich parkingów, a uliczki pozwalały jeszcze normalnie chodzić.

Swoją drogą parkingi w San Marino zasługują na osobne słowo uznania. Przy mieście zbudowanym na zboczu Monte Titano ktoś musiał naprawdę dobrze przemyśleć, gdzie pomieścić tysiące samochodów. Parkingów jest sporo, znajdują się na różnych poziomach pod historycznym centrum, a windy pozwalają pokonać sporą część wysokości bez konieczności rozpoczynania zwiedzania od górskiej wspinaczki.

Dzięki temu na górę dotarliśmy pełni sił.

I dobrze, bo widoki są tutaj zdecydowanie warte zachowania odrobiny energii.

San Marino jest jednym z najmniejszych państw świata, ale równocześnie lubi przypominać, że jego historia jest znacznie większa niż terytorium. Tradycja wiąże początki wspólnoty z rokiem 301 i świętym Marynem – kamieniarzem pochodzącym z Dalmacji, który miał schronić się na Monte Titano i założyć tutaj chrześcijańską wspólnotę.

Z tej tradycji wyrasta również przekonanie Sanmaryńczyków, że ich państwo jest najstarszą istniejącą republiką świata.

I rzeczywiście jest w tym miejscu coś przewrotnie fascynującego.

Państwo można właściwie objąć wzrokiem.

Stoisz na Monte Titano, ponad siedemset metrów nad poziomem morza, i patrzysz na wzgórza, równiny oraz Adriatyk. Granicy oczywiście nie widać, ale gdzieś tam kończy się jedno państwo, zaczyna drugie, a to maleństwo pod twoimi nogami przez stulecia zdołało zachować własną odrębność.

Historia San Marino nie jest jednak historią wielkich podbojów.

Wręcz przeciwnie.

Największym sukcesem tego kraju było chyba to, że przez wieki potrafił pozostać mały.

Spacerowaliśmy więc po stromych uliczkach, zaglądaliśmy na place i podchodziliśmy pod kolejne fortyfikacje. Z bliska wszystko okazywało się znacznie mniejsze, niż sugerowały zdjęcia.

Wieże, mury, pałace.

Na fotografiach monumentalne.

W rzeczywistości niemal kameralne.

Ale może właśnie dzięki temu całe historyczne centrum sprawia wrażenie jednej zwartej budowli przyklejonej do góry.

Nad wszystkim dominują trzy wieże będące symbolem San Marino. Najstarsza z nich – Guaita – ma średniowieczne korzenie, a wraz z pozostałymi tworzy sylwetkę, którą wcześniej widziałem na dziesiątkach zdjęć.

Teraz staliśmy pod nią.

I jak zwykle w takich sytuacjach fotografia przegrywała z przestrzenią.

Nie tylko dlatego, że człowiek widzi więcej.

Czuje też wysokość.

Wiatr i słońce.

I tę lekką niepewność, kiedy podchodzi do murku, za którym krajobraz nagle znajduje się kilkaset metrów niżej.

W bazylice św. Maryna znajduje się miejsce związane z relikwiami patrona republiki. Człowieka, od którego – przynajmniej według tradycji – wszystko się tutaj zaczęło.

Rok 301.

Trudno nawet próbować objąć taki czas wyobraźnią.

Cesarstwo Rzymskie jeszcze istniało. Europa, jaką znamy, właściwie nie istniała. Granice, państwa i narody miały się zmieniać niezliczoną liczbę razy.

A San Marino twierdzi:

my jesteśmy tutaj od tamtej pory.

Oczywiście historia jest bardziej skomplikowana niż legenda założycielska i nikt rozsądny nie będzie próbował udowadniać ciągłości współczesnego państwa od konkretnego dnia 301 roku.

Ale legenda też jest częścią miejsca.

A ta jest wyjątkowo dobra.

San Marino ma jednak również drugą twarz.

Handlową.

Sklepów jest mnóstwo. Perfumy, ubrania, skóry, zegarki, okulary i wszystko, co może zainteresować człowieka, który przyjechał z kartą płatniczą oraz przekonaniem, że właśnie trafił na okazję życia.

Mieliśmy wrażenie, że część rzeczy można kupić korzystniej niż kilkanaście kilometrów dalej we Włoszech.

Problem polegał na tym, że żeby naprawdę to sprawdzić, potrzebowalibyśmy dwóch rzeczy.

Czasu.

I pieniędzy.

Obu mieliśmy ograniczoną ilość. 🙂

Jeżeli więc kiedyś wpadnę na pomysł, żeby jechać do San Marino przede wszystkim na zakupy, objazd południa Europy zacznę następnym razem od drugiej strony.

Na szczęście widoki były za darmo.

I to właśnie one zostały mi w pamięci znacznie bardziej niż witryny sklepów.

Tyle że nasza przewaga nad resztą turystycznego świata powoli się kończyła.

Najpierw pojawił się jeden autobus.

Potem następny.

Parking zapełniał się samochodami, uliczki ludźmi, a języków wokół nas przybywało z każdą minutą.

W tym polskiego.

Dużo polskiego.

Po kilku dniach, podczas których czasami ratowaliśmy się translatorem, rękami i mimiką, nagle znaleźliśmy się w miejscu, gdzie można było usłyszeć rozmowy rodaków właściwie na każdym kroku.

San Marino zrobiło się ciasne.

Bardzo ciasne.

Uznaliśmy więc, że to dobry moment, żeby się ewakuować.

Zobaczyliśmy to, po co przyjechaliśmy. Weszliśmy na Monte Titano, pospacerowaliśmy po starym mieście, popatrzyliśmy na wieże i na świat rozłożony daleko pod nami.

Jeden z ostatnich głównych punktów naszej podróży został osiągnięty.

A właściwie ostatni.

Bo w tym miejscu wszystko powinno się już skończyć.

Serbia.

Kosowo.

Macedonia Północna.

Albania.

Bari.

San Marino.

Wszystkie główne punkty, które mieliśmy gdzieś z tyłu głowy przed wyjazdem, zostały za nami. Pozostawało wsiąść do samochodu, skierować samochód na północ i wrócić do domu, z jednym noclegiem gdzieś po drodze.

Tylko że podróż bez planu ma jedną piękną właściwość.

Nie wie, kiedy powinna się skończyć.

Dostaliśmy jeszcze dwa niespodziewane zakończenia.

Pierwsze stało się dla mnie jednym z najważniejszych momentów całej wyprawy.

Drugiego nie chcę nawet nazywać bonusem.

Było doświadczeniem ciężkim, smutnym i zmuszającym do myślenia.

Najpierw jednak był Rubikon.

***

Jechaliśmy już w stronę Austrii, kiedy Ola zauważyła na mapie nazwę miejscowości.

Savignano sul Rubicone.

Rubicone.

Rubikon.

Chwila.

Ten Rubikon?

Od słowa do słowa, od mapy do internetu i nagle nasz powrót do domu przestał być zwykłym powrotem.

Musieliśmy tam pojechać.

Dla kogoś, kto historię traktuje jak zbiór dat, nazwisk i wydarzeń, może to być po prostu niewielka włoska miejscowość przecięta rzeką.

Dla mnie nie była.

Rubikon to przecież jedna z tych nazw, które dawno przestały oznaczać wyłącznie miejsce na mapie.

„Przekroczyć Rubikon”.

Podjąć decyzję, po której nie ma już odwrotu.

Wszystko zaczęło się w 49 roku przed naszą erą.

Juliusz Cezar wracał z Galii ze swoimi legionistami. Rzymskie prawo nie pozwalało dowódcy wprowadzić wojska na teren Italii bez zgody władz republiki, a senat domagał się od Cezara złożenia dowództwa.

Miał wybór.

Podporządkować się.

Albo przekroczyć rzekę.

Wybrał rzekę.

Według starożytnej tradycji właśnie wtedy miały paść słowa:

Alea iacta est.

Kości zostały rzucone.

Czy naprawdę powiedział dokładnie te słowa? Tego oczywiście nie wiemy. Wiemy natomiast, że przekroczenie Rubikonu przez Cezara i jego wojsko oznaczało otwarte wystąpienie przeciwko przeciwnikom politycznym i początek wojny domowej.

Nie było jeszcze cesarstwa.

Cezar nie został cesarzem w takim znaczeniu, w jakim później był nim August.

Republika również nie umarła tego wieczoru nad rzeką.

Historia rzadko jest aż tak prosta.

Ale coś się zaczęło.

Proces, który przez wojnę domową, dyktaturę Cezara, jego zabójstwo, kolejne wojny i zwycięstwo Oktawiana doprowadził ostatecznie do powstania nowego porządku politycznego.

Jedna decyzja.

Jedna rzeka.

I konsekwencje, które zmieniły historię naszej części świata.

Wszystko, co przeżyliśmy wcześniej, na chwilę jakby zeszło na drugi plan.

Chciałem tylko znaleźć tę rzekę.

Co oczywiście okazało się mniej oczywiste, niż powinno.

Krążyliśmy więc po okolicy, korzystając z Google’a, internetu i różnych podpowiadaczy, z których każdy wydawał się wiedzieć trochę lepiej, gdzie właściwie znajduje się „ten” Rubikon.

W pewnym momencie wjechałem nawet bezczelnie na czyjeś podwórko.

Starszy gospodarz spojrzał na nas, wysłuchał próby wyjaśnienia, czego szukamy, i zrobił to, co podczas tej podróży działało już wielokrotnie.

Użył rąk.

Tam.

Do centrum.

Pojechaliśmy.

I rzeczywiście.

Był Cezar.

Był most.

Była rzeka.

Rubikon.

Oczywiście nie da się dzisiaj z absolutną pewnością powiedzieć, że dokładnie w tym miejscu Cezar przekroczył rzekę w 49 roku p.n.e.

Przez stulecia spierano się nawet o to, która z okolicznych rzek jest antycznym Rubikonem. Dopiero w XX wieku za historyczny Rubikon oficjalnie uznano tutejszy ciek, a Savignano di Romagna otrzymało nazwę Savignano sul Rubicone.

Czy właśnie tutaj stał Cezar?

Nie wiem.

Ale czasami historia potrzebuje miejsca, w którym można stanąć.

Ja takie miejsce właśnie znalazłem.

Przy rzece stoi rzymski most.

I tutaj kolejna rzecz okazała się bardziej skomplikowana, niż podpowiada pierwsze wrażenie.

Cezar tego mostu nie przekraczał.

Nie znamy nawet dokładnej daty jego budowy. Część badaczy wiąże go jeszcze z okresem republiki, inni z czasami Augusta. Wiadomo natomiast, że rzymska konstrukcja przez stulecia służyła kolejnym pokoleniom mieszkańców.

Aż do 1944 roku.

Wycofujące się wojska niemieckie wysadziły most.

Po wojnie wydobyto z rzeki jego kamienne bloki i w latach sześćdziesiątych odbudowano przeprawę, wykorzystując zachowany materiał.

Most, który widzieliśmy, nie jest więc nietkniętą konstrukcją stojącą tutaj nieprzerwanie od dwóch tysięcy lat.

Jest czymś chyba nawet ciekawszym.

Rzymskim mostem, który historia sama zdążyła kilka razy przepisać.

Stałem więc nad Rubikonem i patrzyłem na wodę.

Rzeczka.

Bo trudno nazwać ją inaczej.

Po wszystkich opowieściach, książkach, lekcjach historii i wielkim symbolicznym znaczeniu słowa „Rubikon” człowiek spodziewa się niemal naturalnej granicy światów.

A tutaj płynie sobie spokojna, niewielka rzeka.

I może właśnie to robi największe wrażenie.

Historia nie zawsze wydarza się w miejscach, które wyglądają historycznie.

Czasami dzieje się przy małej rzece, którą można przejść pieszo.

Więc przeszedłem.

Boso.

Caligae niestety nie udało się nigdzie dostać. 🙂

Wszedłem do wody i przekroczyłem Rubikon.

Nie zmieniłem przy tym ustroju żadnego państwa.

Nie rozpocząłem wojny domowej.

Nikt nie ruszył za mną z legionem.

Ale satysfakcja była ogromna.

Bo właśnie dla takich chwil lubię historię.

Nie dla dat.

Nie dla pomników.

Nawet nie dla książek.

Dla momentu, w którym nagle można jej dotknąć.

Stanąć tam, gdzie wydarzyło się coś, co później trafiło do podręczników. Popatrzeć na tę samą rzekę, górę albo drogę i przez chwilę spróbować usunąć z krajobrazu dwa tysiące lat.

Tego popołudnia Savignano było niemal puste.

Cicho.

Gorąco.

Prawie nikogo wokół.

I właśnie ta cisza zrobiła resztę.

Bo kiedy człowiek bardzo chce, wyobraźnia potrafi być niezwykle pomocna.

Wystarczyło zamknąć oczy.

Legioniści.

Ciche rozmowy.

Rozkazy centurionów.

Parskanie koni.

Szum wody pod kopytami.

Szczęk gladiusów i pila.

I człowiek, który zapewne doskonale rozumiał, że kiedy znajdzie się po drugiej stronie rzeki, nie będzie już mógł po prostu powiedzieć:

przepraszam, pomyliłem drogę.

Wracam.

Może właśnie wtedy narodził się prawdziwy sens słów „przekroczyć Rubikon”.

Nie chodzi o rzekę.

Chodzi o moment, w którym decyzja staje się nieodwracalna.

Rzeczka, most, pomnik Cezara i dwoje ludzi, z których przynajmniej jedno było całym tym miejscem zdecydowanie zbyt podekscytowane. 🙂

Ale właśnie takich miejsc szukam.

Czasami świadomie.

Czasami zupełnym przypadkiem.

Savignano sul Rubicone nie było w naszym planie.

Nie wiedziałem nawet, że będziemy przejeżdżać w pobliżu.

Gdyby Ola nie spojrzała wtedy na mapę, minęlibyśmy je i pojechali dalej.

A zostało jednym z najważniejszych miejsc całej podróży.

Magicznym.

Dla mnie.

I dla historii.

I to byłby idealny koniec tej opowieści.

Naprawdę.

Po prawie pięciu tysiącach kilometrów można byłoby zakończyć podróż nad Rubikonem. Z Cezarem, rzymskim mostem, przypadkowym odkryciem i bosymi nogami w rzece.

Ładna klamra.

Tyle że nie był to koniec.

Nocowaliśmy pod Monachium.

A około dwudziestu kilometrów dalej było Dachau.

***

Nocowaliśmy pod Monachium, a ponieważ do Dachau mieliśmy około dwudziestu kilometrów, pojechaliśmy.

I tutaj kończy się lekkość tej opowieści.

Dachau nie było obozem zagłady, lecz obozem koncentracyjnym – jednym z pierwszych i najważniejszych w nazistowskim systemie terroru. Utworzono go w marcu 1933 roku, zaledwie kilka tygodni po dojściu Hitlera do władzy. Stał się wzorcem dla późniejszych obozów koncentracyjnych i miejscem szkolenia kadr SS.

Przez Dachau i jego podobozy przeszło ponad dwieście tysięcy ludzi z ponad czterdziestu krajów.

Co najmniej czterdzieści jeden i pół tysiąca nie przeżyło.

Liczby.

Zawsze są jakieś liczby.

Dwieście tysięcy.

Czterdzieści jeden i pół tysiąca.

Ponad czterdzieści krajów.

Można je przeczytać i zapamiętać, ale stojąc tam, zaczyna się rozumieć, jak niewiele znaczą.

Większości baraków już nie ma i właśnie dlatego przestrzeń robi tak ogromne wrażenie. Rzędy fundamentów pokazują rozmiar obozu. Człowiek idzie i widzi miejsca, które w każdym innym otoczeniu byłyby tylko budynkiem, ścianą czy pomieszczeniem.

Tutaj każde z nich miało swoją funkcję.

Karcery.

Miejsca egzekucji.

Krematorium.

Piece.

Miejsca, w których składano i grzebano prochy ofiar.

Barak X z komorą gazową.

Komora była sprawna i została zaprojektowana jako część obiektu przeznaczonego do masowej eksterminacji, choć w Dachau nie doszło do masowego mordowania ludzi gazem. Według relacji jednego ze świadków w 1944 roku zabito w niej gazem kilku więźniów.

Ludzi zabijano tutaj na inne sposoby.

Przez egzekucje.

Tortury.

Głód.

Wyniszczającą pracę.

Choroby.

Warunki, w których człowiek miał przestać być człowiekiem.

Najbardziej przerażające nie było dla mnie jednak okrucieństwo pojedynczego człowieka.

Była nim organizacja.

System.

Procedury.

To, że można stworzyć administrację cierpienia. Ustalić zasady. Przydzielić zadania. Prowadzić dokumentację. Organizować transport. Pilnować porządku.

Dzień po dniu wykonywać swoją pracę i robić rzeczy, których człowiek nie powinien robić drugiemu człowiekowi.

Przez całą naszą podróż spotykaliśmy ludzi.

Samira w Uvacu.

Rodzinę prowadzącą hotel w Prizrenie.

Zakonnika, który obdarował Olę obrazkami i świeczkami.

Albańczyka sprzedającego nam arbuzy, z którym nie potrafiliśmy porozumieć się ani jednym wspólnym słowem.

Włochów, z którymi rozmawialiśmy za pomocą telefonu, rąk i uśmiechu.

Ludzi ciekawych nas tak samo, jak my byliśmy ciekawi ich.

Gotowych pomóc.

Porozmawiać.

Poczęstować rakiją.

Albo po prostu okazać życzliwość obcemu człowiekowi.

A potem przyjechaliśmy tutaj.

Do miejsca będącego dowodem, że człowiek potrafi zrobić dokładnie coś przeciwnego.

Nie chcę szukać dla tego ładnych zdań.

Nie ma takich.

Na jednej z list więźniów zobaczyłem swoje nazwisko.

Raz.

Potem drugi.

I trzeci.

Trzy osoby.

Jedna pod drugą.

Nosili moje nazwisko.

Nie wiem, czy byliśmy spokrewnieni i nie będę tego sprawdzał.

Nie pójdę tym śladem, bo właściwie po co?

Świeczki nie zapalę.

Modlić się nie potrafię.

Nie zmienię tego, co się wydarzyło.

Ale ten widok został.

Trzy nazwiska.

Moje nazwisko.

Jedno pod drugim.

Po prawie pięciu tysiącach kilometrów, dwunastu krajach i tysiącach zakrętów, po winie i rakiji, jeziorach, górach, meczetach, cerkwiach, morzu, śmiechu, rozmowach i dziesiątkach spotkanych ludzi nasza podróż skończyła się właśnie tutaj.

Nie takiego zakończenia bym sobie wybrał.

Może jednak podróże nie powinny zawsze kończyć się zachodem słońca.

Przez kilkanaście dni patrzyliśmy na świat przede wszystkim z ciekawością. Szukaliśmy różnic w językach, smakach, religiach, historii, flagach i granicach.

A im dalej jechaliśmy, tym częściej okazywało się, że po drugiej stronie tych wszystkich różnic czekał po prostu człowiek.

Czasem częstował rakiją.

Pomagał znaleźć drogę.

Sprzedawał arbuza bez wspólnego języka.

Czasem dawał obcemu człowiekowi świeczkę.

Dachau przypomniało nam, jak straszne rzeczy mogą się wydarzyć, kiedy przestajemy widzieć w drugim człowieku człowieka.

Wyjechaliśmy w ciszy.

Została już tylko droga do domu.

***

Problemem każdego kierowcy-fotografa jest brak możliwości pogodzenia tych czynności ze sobą. Mam jednak nadzieję, że chociaż po części udało mi się uchwycić piękno odwiedzonych miejsc.
Zapraszam więc na część wizualną:-)

EGER

***

Kamienna wieża zamku Egri Vár w Egerze na Węgrzech, zwieńczona drewnianą galerią obronną. W tle ruiny średniowiecznych murów, na pierwszym planie zielone drzewa, a nad zamkiem błękitne niebo
Zamek w Egerze
Plac Istvána Dobó w Egerze na Węgrzech. Kolorowe kamienice z czerwonymi dachami, ogródki kawiarniane i spacerujący turyści. W tle kamienne mury zamku Egri Vár z powiewającą węgierską flagą
Eger – urokliwe uliczki

…

Fontanna z brązową figurą eleganckiej kobiety w Dolinie Pięknej Pani (Szépasszony-völgy) w Egerze na Węgrzech. Rzeźba stoi na kamiennym postumencie pośrodku wielobocznego basenu z wodą, otoczona zielenią i drzewami
Piękna Pani z Doliny – symbol węgierskiego Egeru
Barokowy kościół św. Antoniego z Padwy, zwany kościołem Minorytów, przy placu Istvána Dobó w Egerze na Węgrzech. Monumentalna fasada z dwiema wieżami zegarowymi, ozdobnymi kolumnami i rzeźbami na tle błękitnego nieba
Kościół św. Antoniego z Padwy – barokowa perła
Zabytkowy turecki minaret w Egerze na Węgrzech, wznoszący się ponad dachami kamienic i zielonymi drzewami. Na wąskim balkonie widokowym stoją turyści, a smukła kamienna wieża odcina się od błękitnego nieba.
Minaret w Egerze – ślad osmańskiej przeszłości
Wnętrze tradycyjnej piwniczki winnej w Dolinie Pięknej Pani w Egerze na Węgrzech. Sklepione, wykute w skale pomieszczenie z drewnianymi stołami, ławami i półkami pełnymi lokalnych win oraz przetworów. Ciepłe oświetlenie podkreśla kamienne ściany i przytulną atmosferę.
Dolina Pięknej Pani – w sercu piwniczek winnych

…

Tradycyjna węgierska zupa gulaszowa (gulyásleves) podana w białej misce. Aromatyczna, czerwona zupa z kawałkami mięsa, ziemniaków i warzyw stoi na stole przykrytym obrusem w czerwono-białą kratę
Węgierska zupa gulaszowa

…

Butelka węgierskiego piwa wiśniowego Cherry marki The Beertailor, o zawartości alkoholu 4,5%, stojąca na stoliku. Obok kieliszek wypełniony bursztynowo-czerwonym piwem, w tle rozmyte wnętrze lokalu.
Beertailor – Węgierskie piwo wiśniowe

***

SERBIA

***

Dwie serbskie flagi w czerwono-niebiesko-białych barwach, z godłem przedstawiającym dwugłowego orła, powiewają na wietrze. W tle zielone wzgórza, skaliste zbocza i błękitne niebo
Kolory Serbii

…

Rondo w Nowym Sadzie w Serbii z dużym białym napisem „Нови Сад” (Nowy Sad) i herbem miasta. Za napisem powiewają flaga Serbii oraz niebieska flaga z herbem miasta. W tle zabudowania, samochody i miejska ulica.
w serbskiej Wojwodinie

…

Pięknie oświetlony Pałac Biskupi w Nowym Sadzie w Serbii, z charakterystyczną wieżyczką i ozdobną fasadą. Przed budynkiem spacerują mieszkańcy i turyści, a pobliskie ogródki restauracyjne oraz stylowe latarnie tworzą atmosferę letniego wieczoru.
Pałac Biskupi w blasku świateł
Bogato zdobiona fasada neorenesansowego ratusza w Nowym Sadzie w Serbii, sfotografowana nocą. Monumentalny budynek z wieżą zegarową, kolumnami i arkadami rozświetlają złote iluminacje, kontrastujące z ciemnogranatowym niebem
Ratusz w Nowym Sadzie
Tętniąca życiem ulica w centrum Nowego Sadu w Serbii podczas letniego wieczoru. Tłumy spacerowiczów i goście wypełniają ogródki restauracyjne pod dużymi parasolami. W tle rozświetlony ratusz, a stylowe latarnie podkreślają atmosferę nocnego miasta.
Nowy Sad nocą
Monumentalna fasada synagogi w Nowym Sadzie w Serbii, sfotografowana z dołu o zmierzchu. Charakterystyczne ceglane wieże, duże okrągłe okno z rozetą i hebrajski napis nad wejściem. Ciepłe oświetlenie podkreśla detale architektoniczne na tle błękitnego nieba.
Synagoga w Nowym Sadzie

…

Neogotycki kościół Imienia Maryi przy Placu Wolności (Trg slobode) w Nowym Sadzie w Serbii, sfotografowany nocą. Wysoka wieża zegarowa, strzeliste detale architektoniczne i rozświetlona rozeta wyróżniają się na tle granatowego nieba. Przed kościołem spacerują mieszkańcy i turyści.
Kościół Imienia Maryi – gotycka perła Nowego Sadu

…

Butelka serbskiego piwa Jelen Svetlo Pivo z charakterystyczną żółtą etykietą i wizerunkiem jelenia, stojąca obok pustej szklanki z logo marki na drewnianym stoliku. W tle rozmyte, ciepłe światła wieczornego lokalu.
Jelen – smak serbskiego piwa

…

BELGRAD

…

Widok na Belgrad w Serbii z charakterystyczną wieżą Genex, znaną jako Zachodnia Brama Belgradu, w tle. Na pierwszym planie ruchliwa droga, wiadukt i serbskie flagi, a na wieży widoczne reklamy wydarzenia EXPO 2027
Belgrad – wieża Genex, symbol jugosłowiańskiego brutalizmu
Ozdobna fontanna przy ulicy Skadarlija w Belgradzie w Serbii. Woda wypływa z ust brązowej rzeźby przedstawiającej kobiecą twarz o dużych oczach i rozwianych włosach. Rzeźba umieszczona jest na tle ściany z jasnych cegieł.
fontanna przy artystycznej Skadarliji

…

Niebieska tablica z białym napisem cyrylicą „Господар Јевремова улица” (ulica Gospodara Jevrema), umieszczona na szarej kamiennej elewacji budynku w Belgradzie w Serbii. Widoczne ślady upływu czasu i drobne uszkodzenia tablicy.
Ulica Gospodara Jevrema
Czerwona Zastava 750, kultowy samochód dawnej Jugosławii, zaparkowana na brukowanej uliczce Skadarlija w Belgradzie w Serbii. Zabytkowe auto ozdobione białymi sercami stoi przed restauracją Boembar, w otoczeniu starych kamienic, kwiatów i zielonych drzew
motoryzacyjna nostalgia na ulicach Belgradu

…

Czerwony sztandar z napisem „Скадарлија – Skadarlija”, zawieszony na wysokim maszcie przy wejściu do słynnej artystycznej dzielnicy Belgradu w Serbii. Na fladze widoczne są symbole muzyki i róża, a całość wyróżnia się na tle intensywnie błękitnego nieba
Skadarlija – artystyczna dusza Belgradu

…

Pomnik Tomy Zdravkovicia, legendarnego serbskiego piosenkarza, w artystycznej dzielnicy Skadarlija w Belgradzie. Brązowa rzeźba przedstawia artystę w garniturze, trzymającego mikrofon. W tle stara, pokryta graffiti elewacja budynku, a pod pomnikiem brukowana uliczka.
Toma Zdravković – legenda serbskiej muzyki

…

Tradycyjna serbska Karađorđeva šnicla, czyli panierowany roladkowy kotlet nadziewany kajmakiem, podany z pieczonymi ziemniakami, sosem, cebulą i cytryną. Obok talerze z grillowanymi pieczarkami oraz serem z grilla na rukoli. Całość na stole przykrytym bordowym obrusem
Karađorđeva šnicla – w towarzystwie kajmaku
Tradycyjna serbska lepinja, czyli okrągły, puszysty chlebek, podana na białym talerzu. Złocista, lekko przypieczona powierzchnia posypana jest tucaną papriką, czyli kruszoną ostrą papryką i przyprawami. Całość stoi na stole przykrytym bordowym obrusem
Serbska lepinja – bałkański chleb z nutą pikantnej papryki

…

UVAC

…

Spokojna tafla jeziora Uvac w Serbii, otoczona stromymi, skalistymi zboczami porośniętymi zielonym lasem. Błękitna woda rozciąga się pomiędzy wzgórzami, a nad doliną rozpościera się jasnoniebieskie niebo z białymi obłokami.
Cisza
Turkusowa tafla jeziora Uvac w Serbii, otoczona stromymi, skalistymi zboczami porośniętymi bujną zielenią. Wąski przesmyk między wzgórzami prowadzi w głąb malowniczej doliny, nad którą rozciąga się błękitne niebo z białymi chmurami.
Kolory
Malowniczy zakręt jeziora Uvac w Serbii, otoczony stromymi, skalistymi zboczami i zielonymi wzgórzami. Turkusowo-błękitna woda wije się pomiędzy górami, a w oddali widać niewielką łódź turystyczną płynącą przez dolinę.
Meandry

…

Rozpryskująca się woda za płynącą łodzią podczas rejsu po jeziorze Uvac w Serbii. Na pierwszym planie spienione fale i unoszące się krople wody, a w tle zielone górskie zbocza otaczające jezioro oraz błękitne niebo z białymi chmurami.
z perspektywy wody
Spokojna tafla jeziora Uvac w Serbii, odbijająca błękitne niebo i białe chmury. Delikatne fale rozchodzą się po powierzchni wody, a po obu stronach jeziora wznoszą się zielone, zalesione wzgórza i skaliste brzegi. W oddali widoczne jest zwężenie doliny.
spokój
Panoramiczny widok na jezioro Uvac w Serbii, otoczone zielonymi, zalesionymi wzgórzami. Spokojna, turkusowa tafla wody odbija błękitne niebo i otaczające góry. Na jeziorze widoczne są niewielkie łodzie, a w oddali zbiornik zwęża się pomiędzy wzgórzami, tworząc malowniczą dolinę.
Uvac

…

Dwa sępy szybujące wysoko na rozpostartych skrzydłach nad rezerwatem przyrody Uvac w Serbii. Ptaki widoczne są na tle rozległego, błękitnego nieba, a u dołu zdjęcia rozciągają się korony zielonych drzew. W oddali, tuż nad drzewami, przelatuje kolejny ptak.
a nad nami sępy
Dwa sępy płowe szybujące nad rezerwatem przyrody Uvac w Serbii. Ptaki unoszą się na szeroko rozpostartych skrzydłach, wykorzystując prądy wznoszącego powietrza. Ich ciemne sylwetki wyraźnie odcinają się od bezchmurnego, błękitnego nieba.
majestatyczny lot sępów płowych
Pięć sępów płowych szybujących na różnych wysokościach nad zalesionymi wzgórzami rezerwatu przyrody Uvac w Serbii. Ptaki z szeroko rozpostartymi skrzydłami krążą na tle błękitnego nieba, a poniżej rozciąga się gęsta, zielona roślinność porastająca zbocza doliny
królestwo sępów płowych

…

Sęp płowy szybujący na rozpostartych skrzydłach tuż nad stromym, zalesionym zboczem w rezerwacie przyrody Uvac w Serbii. Ptak przelatuje nad gęstą, zieloną roślinnością, wśród której widoczne są jasne, wapienne skały charakterystyczne dla doliny rzeki Uvac
sęp płowy nad zielonym zboczem
Zielona jaszczurka o smukłym ciele, długim ogonie i charakterystycznym czarno-żółtym, cętkowanym ubarwieniu wygrzewająca się na jasnych, nagrzanych słońcem skałach nad jeziorem Uvac w Serbii. Na głowie i szyi gada widoczne są delikatne turkusowe odcienie, kontrastujące z szarym, kamienistym podłożem.
jaszczurka wśród skał
Sęp płowy szybujący na szeroko rozpostartych skrzydłach wzdłuż stromego, skalistego zbocza w rezerwacie przyrody Uvac w Serbii. Potężny ptak przelatuje na tle jasnych, wapiennych skał porośniętych zielonymi drzewami i krzewami, ukazując imponującą rozpiętość skrzydeł.
Potężny ptak – sęp płowy

…

Tablica informacyjna przy Jaskini Lodowej (Ledena Pećina) w rezerwacie przyrody Uvac w Serbii. Na tablicy umieszczono flagi Polski i Serbii oraz informację, że zagospodarowanie jaskini zostało współfinansowane ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP w ramach programu Polska Pomoc. Tablica stoi w otoczeniu zielonego lasu
Polski ślad w Serbii – pomoc przy Jaskini Lodowej Uvac

…

Wnętrze Jaskini Lodowej (Ledena Pećina) w rezerwacie przyrody Uvac w Serbii. Na zdjęciu widoczne są imponujące formacje naciekowe – długie stalaktyty zwisające ze sklepienia, masywny naciek kolumnowy oraz stalagmity wyrastające z dna jaskini. Oświetlone białym i niebieskawym światłem wapienne formacje kontrastują z ciemnym wnętrzem jaskini.
Jaskinia Lodowa Uvac
Bogate formacje naciekowe we wnętrzu Jaskini Lodowej (Ledena Pećina) w rezerwacie przyrody Uvac w Serbii. Ze skalnego sklepienia zwisają liczne stalaktyty o zróżnicowanych kształtach i rozmiarach, przypominające kamienne sople. Białe, kremowe i żółtawe nacieki wapienne, oświetlone sztucznym światłem, tworzą efektowną kompozycję na tle ciemnych zakamarków jaskini.
formacje naciekowe we wnętrzu Jaskini Lodowej (Ledena Pećina). Liczne stalaktyty o zróżnicowanych kształtach i rozmiarach, przypominające kamienne sople. Białe, kremowe i żółtawe nacieki wapienne, oświetlone sztucznym światłem, tworzą efektowną kompozycję.
Potężny stalagmit o nieregularnej, kalafiorowatej powierzchni we wnętrzu Jaskini Lodowej (Ledena Pećina) w rezerwacie przyrody Uvac w Serbii. Wysoka formacja wapienna wyrasta z dna jaskini, a w tle widoczne są liczne stalaktyty, nacieki przypominające kamienne zasłony oraz ciemne skalne zakamarki. Białe i niebieskawe oświetlenie podkreśla niezwykłe kształty i fakturę podziemnych formacji.
Potężny stalagmit

…

Panoramiczny widok z punktu widokowego Molitva (1247 m n.p.m.) na malownicze meandry rzeki Uvac w południowo-zachodniej Serbii. Turkusowo-zielona woda tworzy głębokie zakola wokół porośniętych lasem półwyspów, otoczonych stromymi wapiennymi zboczami. W oddali rozciągają się zalesione wzgórza rezerwatu przyrody Uvac.
Punkt widokowy Molitva – spektakularne meandry rzeki Uvac

…

Tradycyjny serbski burek z mięsem, przygotowany z cienkich warstw ciasta filo, zwiniętych spiralnie i wypełnionych mięsnym farszem. Złociste, chrupiące ciasto zostało pokrojone na porcje i podane na prostokątnej drewnianej desce. W tle widoczny jest kolorowy obrus z tradycyjnymi bałkańskimi wzorami
burek z mięsem
Tradycyjne serbskie ćevapčići, czyli niewielkie, podłużne kotleciki z mielonego mięsa, grillowane na ruszcie. Podane na dużej drewnianej desce z porcją złocistych frytek oraz dwoma sosami – czerwonym, przypominającym ketchup, i białym, przypominającym majonez. Całość ustawiona na stole ozdobionym kolorową tkaniną z tradycyjnymi bałkańskimi wzorami.
Serbskie ćevapčići

…

Tradycyjna turecka herbata podana w charakterystycznej szklance w kształcie tulipana, ustawionej na szklanym spodku. Intensywnie bursztynowy napar stoi na stole przykrytym kolorową tkaniną z bałkańskimi wzorami. W tle widoczne są dwa metalowe czajniczki ustawione jeden na drugim, tworzące tradycyjny zestaw do parzenia tureckiej herbaty, oraz ozdobna cukiernica.
Turecka herbata w Serbii – odrobina orientalnej tradycji na Bałkanach
Butelka tradycyjnego serbskiego piwa Zaječarsko Svetlo Pivo o pojemności 0,3 litra, stojąca na stole przykrytym kolorową tkaniną z geometrycznymi wzorami. Czerwona etykieta z nazwą browaru i datą 1895 nawiązuje do jego wieloletniej tradycji. Ciepłe światło zachodzącego słońca przenika przez brązowe szkło butelki, a rozmyte tło podkreśla spokojną atmosferę wieczoru w Serbii.
Lokalne smaki – piwo Zaječarsko w blasku zachodzącego słońca

…

Dwóch uśmiechniętych mężczyzn wznosi toast małymi kieliszkami z przezroczystym trunkiem, prawdopodobnie tradycyjną serbską rakiją. Jeden ubrany jest w jasną koszulę, drugi w biały T-shirt z motywem brytyjskiej flagi. Stoją obok siebie pod drewnianą wiatą, w ciepłym świetle popołudniowego słońca. Zdjęcie oddaje serdeczną atmosferę spotkania i serbskiej gościnności.
Samir, na zdrowie!

…

Zachód słońca nad malowniczym kanionem rzeki Uvac w Serbii. Złociste słońce powoli chowa się za grzbietem gór, rozświetlając niebo ciepłymi odcieniami pomarańczu i różu. Na pierwszym planie widać skaliste zbocza porośnięte krzewami i trawą, a w oddali kolejne pasma wzgórz znikające w wieczornej mgle. Spokojny, nastrojowy krajobraz stanowi symboliczne pożegnanie z niezwykłą przyrodą rezerwatu Uvac.
Uvac, do widzenia!

***

CZARNOGÓRA

***

Stado owiec przechodzi przez asfaltową drogę na malowniczym płaskowyżu w Czarnogórze, chwilowo zatrzymując ruch samochodowy. Po prawej stronie widać pasterza prowadzącego zwierzęta. W tle rozciągają się zielone łąki, pola, pojedyncze zabudowania i łagodne górskie grzbiety pod częściowo zachmurzonym niebem. Zdjęcie wykonane zza przedniej szyby samochodu ukazuje codzienne życie na czarnogórskiej prowincji i humorystyczny moment podróży.
Witamy w Czarnogórze!
Rozległa panorama górskiego krajobrazu Czarnogóry. Na pierwszym planie widać zieloną łąkę usianą kamieniami, a dalej zbocza porośnięte gęstymi lasami iglastymi. Kolejne pasma górskie rozciągają się aż po horyzont, stopniowo znikając w błękitnej mgiełce. Nad górami dominują ogromne, białe chmury kłębiaste, malowniczo kontrastujące z intensywnie niebieskim niebem. Zdjęcie ukazuje przestrzeń, dzikość i naturalne piękno czarnogórskich gór.
Czarnogóra – tam gdzie już nikt nie przyjeżdża

…

Niewielki, biały meczet z ciemnym, czterospadowym dachem i wysokim, smukłym minaretem zakończonym czarną iglicą, położony w górskiej miejscowości w Czarnogórze. Budynek otaczają kamienne murki i metalowe ogrodzenie, a w tle wznoszą się wzgórza porośnięte gęstym lasem iglastym. Nad meczetem rozciąga się błękitne niebo z imponującymi białymi i szarymi chmurami. Zdjęcie ukazuje charakterystyczne połączenie lokalnej architektury sakralnej z malowniczym krajobrazem czarnogórskiej prowincji.
Na wsi w Czarnogórze – meczet pośród gór i lasów

***

KOSOWO

***

Przejście graniczne między Czarnogórą a Kosowem, widziane zza przedniej szyby samochodu. Na pierwszym planie stoi szary Volkswagen Passat z zapalonymi światłami hamowania, oczekujący na odprawę. Nad drogą znajduje się duża metalowa wiata, pod którą odbywa się kontrola graniczna. W tle widać kolejne samochody, zabudowania przejścia oraz zielone, zalesione wzgórza. Zdjęcie dokumentuje moment przekraczania granicy podczas samochodowej podróży przez Bałkany.
Granica Czarnogóra – Kosowo

…

Malowniczy krajobraz górski w Kosowie, z głęboką doliną otoczoną rozległymi, zielonymi zboczami. Po lewej stronie widać skaliste, częściowo porośnięte roślinnością stoki, a po prawej wzgórza pokryte gęstymi lasami. W oddali kolejne pasma górskie stopniowo znikają w błękitnej mgiełce. Nad doliną rozciąga się jasnoniebieskie niebo z delikatnymi białymi chmurami. Zdjęcie ukazuje dziką przyrodę i malownicze górskie krajobrazy Kosowa.
Góry Kosowa i zielone doliny
Malownicza panorama gór Kosowa z jasnym, skalistym szczytem wznoszącym się ponad ciemnozielonymi, zalesionymi zboczami. Na pierwszym planie rozciąga się gęsty las pokrywający strome wzgórze, a w oddali widoczne są rozległe, niemal pozbawione roślinności partie gór. Jasnoszare skały kontrastują z intensywnie błękitnym niebem, na którym unosi się niewielka biała chmura. Zdjęcie ukazuje surowe piękno i różnorodność górskich krajobrazów Kosowa.
skaliste szczyty ponad zielonymi lasami

…

Nowoczesna autostrada w Kosowie prowadząca przez malowniczy, górzysty krajobraz. Szeroka, niemal pusta jezdnia łagodnie zakręca w lewo, a w oddali przechodzi w długi wiadukt wsparty na betonowych filarach. Po obu stronach drogi rozciągają się zielone, zalesione wzgórza, a na horyzoncie widać kolejne pasma górskie. Nad krajobrazem dominuje rozległe, błękitne niebo. Zdjęcie wykonane z perspektywy samochodu podczas podróży przez Kosowo.
Kosowskie drogi

…

Stare miasto w Prizren – meczet Sinana Paszy
Ozdobny, metalowy krzyż na pierwszym planie fotografii, za którym wznosi się zabytkowa prawosławna cerkiew z kamienia i czerwonej cegły w Prizren w Kosowie. Świątynia ma charakterystyczną kopułę z wąskimi, łukowatymi oknami. W tle widoczne są fragmenty starych murów oraz panorama miasta. Fotografia symbolizuje wielokulturowe i wielowyznaniowe dziedzictwo Prizren, gdzie od wieków współistnieją tradycje prawosławne, katolickie i muzułmańskie.
Jedno miasto, wiele religii – prawosławna świątynia w Prizren
Zabytkowa cerkiew Bogurodzicy Ljeviškiej w Prizren w Kosowie, której kopuły zwieńczone krzyżami wznoszą się ponad koronami zielonych drzew. Na pierwszym planie widoczny jest tętniący życiem plac starego miasta, po którym spacerują mieszkańcy i turyści, a przy pobliskich kawiarniach odpoczywają goście. Ciepłe światło późnego popołudnia oświetla fragmenty świątyni, podkreślając wielokulturowy charakter historycznego Prizren.
Prizren – cerkiew Bogurodzicy w sercu starego miasta

…

Zabytkowa prawosławna cerkiew Chrystusa Zbawiciela (Sveti Spas) w Prizren w Kosowie, położona na zielonym zboczu wzgórza ponad dachami starego miasta. Kamienna świątynia z charakterystycznymi ceglanymi zdobieniami, niewielką kopułą i przylegającą do niej większą, częściowo odbudowaną konstrukcją wyróżnia się na tle gęsto zalesionego wzgórza. Do cerkwi prowadzi kamienna ścieżka, po której spacerują turyści. Na pierwszym planie widoczne są czerwone dachówki zabudowań historycznego centrum Prizren
Prizren – cerkiew Chrystusa Zbawiciela na zboczu wzgórza
Panorama zabytkowego centrum Prizren w Kosowie, z monumentalnym meczetem Sinana Paszy, którego charakterystyczna niebieskawa kopuła i wysoki, smukły minaret górują nad staromiejską zabudową. Wzdłuż rzeki Bistricy ciągną się kolorowe kamienice z czerwonymi dachami, restauracje i kawiarnie z ogródkami pod białymi parasolami. Na pierwszym planie widoczne jest kamieniste koryto rzeki oraz kamienne nabrzeże. W tle zielone wzgórza otaczające miasto. Fotografia ukazuje wyjątkową atmosferę Prizren, łączącego osmańską architekturę z tętniącym życiem współczesnego miasta.
Prizren – meczet Sinana Paszy nad rzeką Bistricą

…

Wnętrze prawosławnej cerkwi w Prizren w Kosowie, z jasnymi, białymi ścianami, wysokimi kolumnami i łukowatymi sklepieniami. Pod sufitem wiszą okazałe, wielopoziomowe metalowe żyrandole ozdobione krzyżami, ornamentami i niewielkimi ikonami. W głębi świątyni widoczne są ikony przedstawiające Matkę Bożą, Chrystusa i świętych, ustawione na drewnianych podstawach. Na pierwszym planie znajduje się pulpit liturgiczny przykryty bordową tkaniną ze złotym krzyżem. Jasna, przestronna świątynia ukazuje bogactwo tradycji i symboliki prawosławnej
Prizren – wnętrze cerkwi Bogurodzicy
Wnętrze prawosławnej cerkwi w Prizren w Kosowie, z okazałym, dwupoziomowym metalowym żyrandolem ozdobionym krzyżami i ornamentami. Na pierwszym planie widoczna jest ikona Matki Bożej z Dzieciątkiem, umieszczona w drewnianej oprawie. Jasne ściany, marmurowe kolumny i łukowate sklepienia nadają świątyni przestronny charakter. Posadzkę zdobi okrągła mozaika z geometrycznym wzorem, a w głębi znajdują się kolejne ikony oraz miejsce modlitwy. Fotografia ukazuje detale wystroju i atmosferę prawosławnej świątyni.
wnętrze cerkwi Bogurodzicy i prawosławna ikona

…

Wysoki, smukły minaret zabytkowego meczetu Sinana Paszy w Prizren w Kosowie, wznoszący się ponad koronami zielonych drzew na tle intensywnie błękitnego nieba. Kamienna wieża oświetlona ciepłym światłem popołudniowego słońca dominuje nad ruchliwym placem, na którym spacerują mieszkańcy i turyści. Wśród drzew widoczne są ogródki restauracyjne z parasolami, a po lewej stronie fragmenty czerwonych flag. Fotografia ukazuje codzienne życie historycznego centrum Prizren oraz charakterystyczne elementy jego osmańskiej architektury.
minaret meczetu Sinana Paszy ponad zielenią starego miasta
Panorama miasta. Na pierwszym planie płynie płytka, kamienista rzeka Bistrica, wzdłuż której rozciągają się restauracje i kawiarnie z ogródkami. W tle widoczne są tradycyjne domy z czerwonymi dachami, zielone wzgórza oraz zabytkowa cerkiew na zboczu. Całość rozświetla ciepłe, popołudniowe słońce, podkreślając wyjątkową atmosferę wielokulturowego Prizren.
meczet Sinana Paszy nad rzeką Bistrica
Widok z góry na zabytkowy meczet Emina Paszy w Prizren w Kosowie. Kamienna świątynia z dużą, szarą kopułą, mniejszymi kopułami i smukłym minaretem wyróżnia się pośród gęstej zabudowy historycznego centrum miasta. Otaczają ją tradycyjne domy z czerwonymi dachówkami, wąskie uliczki i zielone drzewa. Zdjęcie wykonane w słoneczny dzień ukazuje charakterystyczną architekturę osmańską oraz malowniczą panoramę Prizren.
meczet Emina Paszy wśród czerwonych dachów miasta

…

Widok z góry na zabytkową Cerkiew Chrystusa Zbawiciela (Crkva Svetog Spasa) w Prizren w Kosowie. Niewielka średniowieczna świątynia prawosławna z charakterystyczną ceglaną kopułą otoczona jest ruinami większej budowli o kamiennych murach i dzwonnicy zwieńczonej jasną kopułą. Cerkiew położona jest na zielonym zboczu wzgórza, wśród gęstych drzew i tradycyjnej zabudowy z czerwonymi dachami. Zdjęcie wykonane w słoneczny dzień ukazuje kontrast między historyczną architekturą sakralną a otaczającą ją przyrodą.
Cerkiew Chrystusa Zbawiciela na zboczu wzgórza
Pomnik Ismeta Jashariego, znanego jako „Kumanova”, dowódcy Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK), znajdujący się w Prizren. Monument przedstawia stojącego mężczyznę w wojskowym stroju, trzymającego karabin w prawej ręce. Na czarnym cokole umieszczono tablicę z nazwiskiem oraz datami życia: 16 kwietnia 1967 – 25 sierpnia 1998. U podstawy pomnika siedzi mała dziewczynka, a w tle widać ogródki kawiarniane i rozłożyste, zielone drzewa. Zdjęcie ukazuje połączenie pamięci o historii Kosowa z codziennym życiem miasta.
pomnik Ismeta Jashariego „Kumanovy”, dowódcy UÇK

…

Duże metalowe litery UÇK, oznaczające Armię Wyzwolenia Kosowa (Ushtria Çlirimtare e Kosovës), ustawione na kamiennych murach twierdzy Kalaja w Prizren. Smukłe litery w czerwono-białych barwach górują nad panoramą miasta, a w tle rozciągają się malownicze pasma górskie, zielone wzgórza i doliny Kosowa. Zdjęcie wykonane w słoneczny dzień ukazuje symbol związany z najnowszą historią kraju na tle rozległego górskiego krajobrazu.
symbol UÇK na murach twierdzy Kalaja

…

Rozległa panorama Prizren w Kosowie, widziana z górującej nad miastem twierdzy Kalaja. Na pierwszym planie znajduje się zabytkowy meczet Sinana Paszy z charakterystyczną kopułą i wysokim minaretem. Przez centrum miasta przepływa kamienista rzeka Bistrica, nad którą przerzucono zabytkowy kamienny most. Gęsta zabudowa z czerwonymi dachami, liczne minarety i zielone drzewa tworzą malowniczy krajobraz historycznej części Prizren. W oddali widoczne są nowoczesne budynki, rozległa dolina i otaczające miasto góry.
panorama miasta z twierdzy Kalaja
Kolorowe kamienice i lokale handlowe w historycznym centrum Prizren w Kosowie. Na pierwszym planie wyróżnia się czerwona fasada budynku z białymi ornamentami i datami 1930 oraz 1931, mieszczącego sklep z akcesoriami i lokal gastronomiczny. Po obu stronach znajdują się sklepy odzieżowe, kawiarnie i ogródki z parasolami. Przed budynkami rozciąga się brukowany deptak ze stolikami i krzesłami. Zdjęcie ukazuje połączenie tradycyjnej architektury miejskiej ze współczesnym życiem handlowym Prizren.
kolorowe kamienice i sklepy na starym mieście
Zabytkowy Kamienny Most (Ura e Gurit) nad rzeką Bistricą w centrum Prizren w Kosowie. Charakterystyczny kamienny most z trzema łukami łączy oba brzegi płytkiej, kamienistej rzeki. Po moście spacerują mieszkańcy i turyści, a wzdłuż brzegów rozciągają się ogródki restauracyjne i aleje drzew. W tle widoczne są zabudowania miasta, smukły minaret oraz majestatyczne góry, tworzące malowniczą panoramę Prizren.
zabytkowy Kamienny Most nad rzeką Bistricą
Dwóch chłopców siedzących na brukowanym placu w historycznym centrum Prizren w Kosowie, z niewielkimi bębnami trzymanymi na kolanach. Starszy chłopiec uśmiecha się, trzymając instrument, a młodszy siedzi tuż obok niego. Po prawej stronie przykucnął nastolatek obserwujący scenę. W tle widać spacerujących mieszkańców i turystów, rodziny z dziećmi oraz kolorowo oświetlone witryny sklepów, w tym sklep ze słodyczami. Fotografia oddaje atmosferę codziennego życia i wieczornego gwaru ulic Prizren.
uliczni muzycy na brukowanym placu

…

Urokliwa uliczka na starym mieście w Prizren w Kosowie, z tradycyjnym piętrowym budynkiem o drewnianej elewacji, ozdobnych oknach i czerwonym dachu. Na parterze znajdują się kawiarnia THEA oraz wejście do hotelu, otoczone zielonym bluszczem. Przed budynkiem, pod dużymi parasolami, mieszkańcy i turyści odpoczywają przy stolikach ustawionych na brukowanym deptaku. Ciepłe światło zachodzącego słońca podkreśla architekturę i przytulną atmosferę historycznego centrum Prizren.
klimatyczne kawiarnie i zabytkowa zabudowa starego miasta
Nocne życie na jednej z wąskich, brukowanych uliczek starego miasta w Prizren w Kosowie. Tłumy mieszkańców i turystów spacerują między zabytkowymi kamienicami, rozmawiają i spędzają czas w licznych restauracjach oraz ogródkach kawiarnianych. Ciepłe, pomarańczowo-złote światło oświetla elewacje budynków, balkony i zatłoczone lokale, kontrastując z ciemnym nocnym niebem. Zdjęcie oddaje gwar, energię i wyjątkową atmosferę wieczornego Prizren.
Prizren nocą

…

Döner kebab podany na czarnym, prostokątnym talerzu w jednej z restauracji w Prizren w Kosowie. W centralnej części talerza znajdują się kawałki przypieczonego mięsa polane białym sosem, otoczone kolorowymi dodatkami: surówką z czerwonej i białej kapusty, startą marchewką oraz świeżą zieloną sałatą. Obok potrawy leżą nóż i widelec, a całość ustawiona jest na ozdobnym metalowym stoliku restauracyjnym. Zdjęcie przedstawia jeden z popularnych smaków bałkańskiej kuchni ulicznej.
Döner kebab na talerzu
Tradycyjne bałkańskie przysmaki podane na ozdobnym metalowym stoliku restauracyjnym w Prizren w Kosowie. Na czarnym prostokątnym talerzu znajdują się grillowane zielone i czerwone papryki, udekorowane świeżymi ziołami, oraz papryka z białym, kremowym nadzieniem. Obok, w czarnej miseczce, podano porcję żółtego ryżu z plasterkami pomidora i ogórka oraz oliwką. W tle widoczne są dwa rumiane, okrągłe placki tradycyjnego bałkańskiego pieczywa. Kolorowa kompozycja przedstawia smaki lokalnej kuchni Kosowa.
Kosowskie smakołyki – grillowane papryki, aromatyczny ryż i tradycyjne pieczywo

…

Butelka kosowskiego piwa Birra Peja Pilsner stojąca obok wysokiej, pustej szklanki z logo tego samego browaru. Ciemna szklana butelka z charakterystyczną czerwono-kremową etykietą pokryta jest kroplami wilgoci, a na schłodzonej szklance widoczna jest para wodna. W tle rozmyte, kolorowe światła wieczornego miasta tworzą przyjemną atmosferę. Zdjęcie przedstawia popularne lokalne piwo z browaru Peja, będące jednym z rozpoznawalnych produktów Kosowa.
Birra Peja – lokalne piwo z Kosowa
Butelka białego wina StoneCastle Verë e Bardhë z rocznika 2024, pochodzącego z Kosowa, ustawiona na ozdobnym metalowym stoliku restauracyjnym w Prizren. Przez przezroczyste szkło widoczne jest wino o jasnozłotej barwie. Na etykiecie znajduje się ilustracja winnicy prowadzącej do kamiennego zamku oraz nazwa producenta StoneCastle Vineyards and Winery. W tle rozmyte, wielobarwne światła wieczornego miasta tworzą nastrojową atmosferę, podkreślając lokalny charakter kosowskiego wina.
StoneCastle – białe wino z kosowskich winnic

***

MACEDONIA PÓŁNOCNA

***

Czerwono-żółta flaga Macedonii Północnej powiewająca na wysokim maszcie na tle zalesionych gór. Charakterystyczny wzór flagi przedstawia żółte słońce z ośmioma promieniami rozchodzącymi się ku krawędziom czerwonego płótna. Wiatr rozwiewa materiał, wyraźnie eksponując narodowe barwy kraju. W tle widoczne są łagodne, porośnięte lasami zbocza górskie oraz jasne, lekko zachmurzone niebo.
Flaga Macedonii Północnej

…

Zabytkowa prawosławna cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo, malowniczo położona na skalistym wzgórzu nad Jeziorem Ochrydzkim w Macedonii Północnej. Niewielka średniowieczna świątynia zachwyca bizantyjską architekturą, kamienno-ceglanymi murami, ozdobnymi arkadami oraz charakterystyczną kopułą zwieńczoną krzyżem i pokrytą czerwoną dachówką. Wokół cerkwi rosną zielone drzewa i strzeliste cyprysy, a kamiennymi schodami spacerują turyści. W tle rozciąga się błękitna tafla Jeziora Ochrydzkiego oraz pasma górskie widoczne na przeciwległym brzegu.
Cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo – perła Ochrydy nad Jeziorem Ochrydzkim
Zabytkowa cerkiew św. Zofii w Ochrydzie w Macedonii Północnej, widziana od strony charakterystycznych, półkolistych apsyd. Średniowieczna świątynia zachwyca bizantyjską architekturą, murami z czerwonej cegły i kamienia, dekoracyjnymi łukami oraz wąskimi oknami z okrągłymi otworami. Na elewacji widoczne są ślady wielowiekowej historii budowli i bogate detale architektoniczne. Przed cerkwią, na kamiennym placu porośniętym miejscami trawą, zaparkowane są samochody. Całość ukazuje monumentalny charakter jednej z najważniejszych świątyń historycznej Ochrydy.
Cerkiew św. Zofii
Zabytkowa oknami i czerwonymi dachówkami. Centralną część budowli wieńczy ośmioboczna kopuła zwieńczona krzyżem. W tle rozciąga się błękitna tafla Jeziora Ochrydzkiego oraz pasmo zielonych gór na przeciwległym brzegu. Gałęzie drzew otaczające cerkiew podkreślają jej wyjątkowe położenie i spokojną atmosferę jednego z najbardziej rozpoznawalnych zabytków Ochrydy.
Cerkiew św. Jana w Kaneo

…

Malownicza zabudowa Starej Ochrydy w Macedonii Północnej, z charakterystycznymi białymi domami i czerwonymi dachami pokrytymi ceramiczną dachówką. Ponad budynkami wznosi się biała dzwonnica z ciemną kopułą zwieńczoną krzyżem, a nieco dalej widoczna jest ceglana kopuła zabytkowej cerkwi prawosławnej. Tradycyjna bałkańska architektura otoczona bujną zielenią i wysokimi drzewami tworzy urokliwy krajobraz historycznej części miasta. Całość rozświetla intensywne letnie słońce na tle błękitnego, niemal bezchmurnego nieba.
Stara Ochryda
Starożytny teatr grecki w Ochrydzie w Macedonii Północnej, położony na zboczu wzgórza w historycznej części miasta. Na zdjęciu widoczne są półkoliste rzędy kamiennych siedzeń, schodzące w kierunku sceny, oraz drewniana konstrukcja z barierkami oddzielająca widownię od pozostałości antycznej budowli. W tle znajdują się kamienne mury, tradycyjne domy z czerwonymi dachami, zielone drzewa i tarasy restauracyjne. Nad teatrem rozciąga się intensywnie błękitne niebo z białymi chmurami. Zachowany zabytek z czasów hellenistycznych stanowi jeden z najcenniejszych śladów starożytnej historii Ochrydy.
Starożytny teatr w Ochrydzie
Urokliwy zakątek Starego Miasta w Ochrydzie w Macedonii Północnej, z tradycyjnymi bałkańskimi domami o białych elewacjach, drewnianych drzwiach i dachach pokrytych czerwoną dachówką. Wąska uliczka prowadzi pomiędzy zabytkowymi budynkami, kamiennymi murami i charakterystyczną latarnią zawieszoną na metalowym wysięgniku. Pomiędzy dachami rozpościera się widok na błękitne Jezioro Ochrydzkie oraz góry wznoszące się na przeciwległym brzegu. Intensywne letnie słońce podkreśla kolory architektury i spokojny, historyczny charakter tej części miasta.
Uliczki Starego Miasta
Panoramiczny widok na malowniczą Ochrydę w Macedonii Północnej, ukazujący tradycyjną zabudowę miasta wspinającą się po zielonym zboczu wzgórza. Charakterystyczne białe i pastelowe domy z czerwonymi dachówkami tworzą gęstą mozaikę budynków otoczonych drzewami. Na pierwszym planie widoczna jest nadjeziorna promenada z zadbaną zielenią, pomnikami i spacerującymi turystami. Po lewej stronie znajduje się fragment zacumowanej łodzi z pomarańczowym kołem ratunkowym. W tle wznosi się zalesione wzgórze, a nad miastem rozciąga się intensywnie błękitne niebo. Zdjęcie oddaje wakacyjną atmosferę Ochrydy, jednego z najpiękniejszych historycznych miast Macedonii Północnej.
kolorowe dachy Starego Miasta nad Jeziorem Ochrydzkim

…

Kontrast motoryzacyjnych pokoleń na parkingu w Ochrydzie w Macedonii Północnej. Na pierwszym planie widoczna jest biała, zabytkowa Zastava z charakterystycznymi otworami wentylacyjnymi na tylnej klapie, chromowanym zderzakiem i bagażnikiem dachowym. Obok zaparkowano nowoczesne, niebieskie Suzuki Swift. Oba samochody stoją na nierównym, kamienistym podłożu, w otoczeniu zieleni i tradycyjnej zabudowy. Zdjęcie ukazuje ciekawe zestawienie dawnej jugosłowiańskiej motoryzacji ze współczesnością, podkreślając niepowtarzalny klimat bałkańskich uliczek.
Stare i nowe w Ochrydzie – zabytkowa Zastava i współczesne Suzuki Swift
tara Zastava Yugo 45 w oliwkowozielonym kolorze, zaparkowana na wąskiej, brukowanej uliczce Starego Miasta w Ochrydzie w Macedonii Północnej. Samochód, będący jednym z symboli dawnej jugosłowiańskiej motoryzacji, ma charakterystyczną kanciastą sylwetkę, czarny zderzak, tylną wycieraczkę i metalowy bagażnik dachowy. Pojazd stoi tuż przy zabytkowym kamiennym murze, a za nim widoczne są tradycyjne domy z czerwonymi dachami. Na bruku za samochodem leży duży kamień. Zdjęcie oddaje nostalgiczny klimat bałkańskich uliczek, gdzie dawna motoryzacja wciąż jest częścią codziennego krajobrazu.
Zastava Yugo 45 – legenda jugosłowiańskiej motoryzacji na uliczkach Ochrydy

…

Malowniczy widok na średniowieczną cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo, położoną na skalistym cyplu nad Jeziorem Ochrydzkim w Macedonii Północnej. Niewielka, kamienno-ceglana świątynia z charakterystyczną kopułą i czerwonym dachem wznosi się pośród wysokich cyprysów i bujnej zieleni. U podnóża skalistego brzegu rozciągają się błękitne wody jeziora, po których pływają łodzie turystyczne. W tle widoczne są pasma górskie, tworzące malowniczą panoramę. Zdjęcie wykonane od strony jeziora ukazuje jedno z najbardziej rozpoznawalnych i najpiękniej położonych miejsc w Ochrydzie, łączące bizantyjską architekturę z niezwykłym krajobrazem Bałkanów.
Cerkiew św. Jana w Kaneo – strony Jeziora Ochrydzkiego
Panoramiczny widok na Ochrydę w Macedonii Północnej, sfotografowaną od strony Jeziora Ochrydzkiego. Nad malowniczą zabudową starego miasta góruje średniowieczna Twierdza Samuela, której potężne kamienne mury i baszty rozciągają się wzdłuż zielonego wzgórza. Poniżej znajdują się gęsto rozmieszczone tradycyjne domy o jasnych elewacjach, drewnianych balkonach i charakterystycznych czerwonych dachach. Na pierwszym planie widać błękitne wody jeziora, zacumowane łodzie motorowe i niewielkie jednostki turystyczne oraz wypoczywających na brzegu mieszkańców i turystów. Nad twierdzą powiewa flaga Macedonii Północnej. Zdjęcie ukazuje wyjątkowe połączenie historycznej architektury, bałkańskiego krajobrazu i wakacyjnej atmosfery jednego z najpiękniejszych miast nad Jeziorem Ochrydzkim.
Twierdza Samuela górująca nad Ochrydą
Panoramiczny widok na Ochrydę w Macedonii Północnej, ukazujący zabytkową część miasta, nowoczesną zabudowę oraz błękitne wody Jeziora Ochrydzkiego. Na pierwszym planie dominują tradycyjne bałkańskie domy o jasnych elewacjach i charakterystycznych czerwonych dachówkach, tworzące malowniczą mozaikę wąskich uliczek i gęstej zabudowy. Wzdłuż brzegu jeziora rozciągają się restauracje, promenada, przystań oraz niewielkie łodzie zacumowane na spokojnej wodzie. W głębi widoczne są współczesne budynki miasta, a nad całą panoramą wznosi się rozległe, zielone pasmo górskie. Błękitne niebo z białymi chmurami dopełnia letni krajobraz jednego z najbardziej malowniczych miast Macedonii Północnej.
Ochryda z lotu ptaka

…

Malowniczy widok na Jezioro Ochrydzkie w Macedonii Północnej, otoczone rozległymi pasmami górskimi. Na pierwszym planie spokojna, błękitna tafla jeziora z delikatnymi falami oraz niewielka drewniana łódź unosząca się na wodzie. Nieco dalej widoczna jest zadaszona łódź turystyczna, a na przeciwległym brzegu rozciąga się zielona linia drzew i zabudowa nadjeziornych miejscowości. W tle wznoszą się potężne góry, których kolejne grzbiety stopniowo zanikają w błękitnej mgiełce. Nad krajobrazem dominuje intensywnie niebieskie niebo z okazałymi, białymi chmurami. Zdjęcie oddaje spokój, przestrzeń i naturalne piękno jednego z najstarszych i najgłębszych jezior Europy.
Jezioro Ochrydzkie
Rozległa panorama Jeziora Ochrydzkiego, położonego na granicy Macedonii Północnej i Albanii, ukazująca ogrom jeziora oraz otaczające je pasma górskie. Na pierwszym planie rozciąga się spokojna, błękitna tafla wody, sięgająca aż po odległy horyzont. Po lewej stronie wznoszą się majestatyczne góry, których zbocza łagodnie opadają ku jezioru, a wzdłuż brzegu widoczna jest zieleń drzew i niewielka zabudowa. W oddali kolejne pasma górskie zanikają w delikatnej, niebieskawej mgiełce. Nad krajobrazem dominuje rozległe, intensywnie błękitne niebo z malowniczymi białymi chmurami. Zdjęcie doskonale oddaje niezwykłą przestrzeń, spokój i imponującą wielkość Jeziora Ochrydzkiego, jednego z najstarszych i najgłębszych jezior Europy.
błękitna przestrzeń między górami Macedonii Północnej i Albanii

…

Widok na Zatokę Kości (Bay of Bones), niezwykłe muzeum archeologiczne na Jeziorze Ochrydzkim w Macedonii Północnej, przedstawiające rekonstrukcję prehistorycznej osady palowej. Na drewnianej platformie wspartej na licznych palach wbitych w dno jeziora stoją niewielkie chaty o ścianach wykonanych z naturalnych materiałów i dachach pokrytych trzciną. Osadę otaczają drewniane pomosty z balustradami, po których spacerują turyści. Na pierwszym planie rozciąga się krystalicznie czysta, turkusowa woda Jeziora Ochrydzkiego, a w oddali widoczne są błękitne pasma górskie. Nad całością dominuje pogodne, intensywnie niebieskie niebo. Zdjęcie ukazuje wyjątkową rekonstrukcję osady z epoki brązu i żelaza, pozwalającą poznać życie dawnych mieszkańców regionu sprzed kilku tysięcy lat.
Zatoka Kości nad Jeziorem Ochrydzkim – rekonstrukcja prehistorycznej osady na wodzie
Wnętrze zrekonstruowanej prehistorycznej chaty w muzeum archeologicznym Zatoka Kości (Bay of Bones) nad Jeziorem Ochrydzkim w Macedonii Północnej. Okrągłe pomieszczenie posiada ściany wykonane z drewnianego szkieletu, plecionki i glinianego wypełnienia oraz stożkowy dach pokryty trzciną. Konstrukcję dachu podtrzymują promieniście ułożone drewniane belki i masywny słup stojący pośrodku chaty. Na glinianej podłodze znajduje się niewielkie naczynie lub palenisko z otworem u podstawy, a pod ścianą widoczny jest pleciony kosz. Przez małe okno wpada światło dzienne. Zdjęcie przedstawia rekonstrukcję prostych warunków mieszkalnych społeczności zamieszkujących osady palowe nad Jeziorem Ochrydzkim w epoce brązu i żelaza.
Wnętrze prehistorycznej chaty w Zatoce Kości
Zbliżenie na zrekonstruowane prehistoryczne chaty w muzeum archeologicznym Zatoka Kości (Bay of Bones) nad Jeziorem Ochrydzkim w Macedonii Północnej. Na pierwszym planie widoczne są drewniane pomosty z szerokich, nierównych desek, łączące niewielkie budynki osady palowej. Chaty mają ściany wykonane z gliny, drewna i plecionych gałęzi oraz spadziste dachy pokryte trzciną. Przed jedną z chat znajduje się niewielki, zadaszony ganek otoczony płotem z wiklinowej plecionki. Po prawej stronie widoczna jest ściana z poziomo ułożonych gałęzi, ukazująca tradycyjną technikę budowlaną. W tle dostrzec można błękit Jeziora Ochrydzkiego i pogodne niebo. Zdjęcie przedstawia szczegóły rekonstrukcji osady z epoki brązu i żelaza, przybliżając dawne metody budowania domostw i życie mieszkańców regionu sprzed kilku tysięcy lat.
Prehistoryczne chaty w Zatoce Kości

…

Zabytkowy monastyr św. Nauma, położony nad Jeziorem Ochrydzkim w Macedonii Północnej. Zdjęcie przedstawia kamienną cerkiew z charakterystycznymi dla architektury bizantyjskiej ceglanymi kopułami, ozdobnymi łukami i wąskimi oknami. Dachy budowli pokryte są czerwoną dachówką, a na szczytach dwóch ośmiobocznych wież znajdują się krzyże. Na pierwszym planie widoczny jest zadaszony krużganek z kamiennymi arkadami, pod którym ustawiono metalowe stojaki na świece wotywne. Przed budynkiem rozciąga się dziedziniec wyłożony nieregularnymi kamieniami. Jasne słońce podkreśla ciepłe barwy cegieł i kamienia, kontrastujące z intensywnie błękitnym niebem. Fotografia ukazuje historyczny i sakralny charakter jednego z najważniejszych klasztorów prawosławnych regionu Ochrydy.
Monastyr św. Nauma

…

Zabytkowa cerkiew św. Zofii w Ochrydzie w Macedonii Północnej, przedstawiona z bliska w słoneczny dzień. Fotografia ukazuje fragment świątyni z charakterystyczną bizantyjską architekturą, wykonaną z czerwonej cegły i kamienia. Górną część budowli zdobią półkoliste ceglane łuki, wąskie okna oraz dach pokryty czerwoną dachówką, zwieńczony metalowym krzyżem. Na elewacji widoczne są dekoracyjne wzory ceglane, pozostałości jasnego tynku i ślady wielowiekowej historii budynku. Po prawej stronie znajduje się kamienno-ceglany mur sąsiedniej części świątyni, a u dołu kadru zielona roślinność. Intensywnie błękitne niebo podkreśla ciepłą kolorystykę zabytkowych murów. Zdjęcie eksponuje detale architektoniczne jednej z najważniejszych średniowiecznych świątyń Ochrydy.
Cerkiew św. Zofii w Ochrydzie
Kamienna dzwonnica monastyru św. Nauma nad Jeziorem Ochrydzkim w Macedonii Północnej, sfotografowana w słoneczny dzień. Dwupoziomowa wieża zbudowana z jasnego kamienia ma charakterystyczne arkadowe otwory, ozdobne kolumny i dach pokryty czerwoną dachówką, zwieńczony metalowym krzyżem. W dolnej części dzwonnicy widoczne są niewielkie głośniki. Do wieży przylega kamienny budynek klasztorny z czerwonym dachem. U podstawy murów znajdują się donice z zielonymi roślinami i czerwone kwiaty, a obok przechodzi turystka. W tle widać błękitne niebo, fragment Jeziora Ochrydzkiego i odległe góry. Fotografia podkreśla tradycyjną architekturę sakralną oraz malownicze położenie monastyru.
Dzwonnica monastyru św. Nauma

…

Wnętrze zabytkowej cerkwi św. Zofii w Ochrydzie w Macedonii Północnej, z monumentalnymi bizantyjskimi freskami zdobiącymi apsydę ołtarzową i sklepienie świątyni. W centralnej części górnego malowidła przedstawiona jest Matka Boska z Dzieciątkiem, otoczona złotą aureolą, a poniżej znajdują się postacie świętych i sceny liturgiczne. Freski utrzymane są w przygaszonych odcieniach błękitu, szarości i złota, nosząc widoczne ślady upływu czasu. W dolnej części fotografii znajduje się ikonostas z barwnymi ikonami Matki Boskiej i Chrystusa, ozdobnymi kolumnami oraz centralnym wejściem do prezbiterium. Przez charakterystyczne okna z okrągłymi otworami wpada naturalne światło. Drewniane belki przecinające sklepienie podkreślają historyczny charakter wnętrza. Fotografia ukazuje bogactwo średniowiecznej sztuki sakralnej i bizantyjskiego dziedzictwa Ochrydy.
bizantyjskie freski i ikonostas
Zbliżenie na niewielką grupę zapalonych świec w prawosławnej cerkwi w Ochrydzie w Macedonii Północnej. Cienkie, częściowo wypalone świece, pokryte zastygłym białym woskiem, stoją na metalowej podstawie, na której widoczne są ślady wcześniejszych świec i rozlanego wosku. Ich knoty łączy jeden duży, intensywnie żółtopomarańczowy płomień, rozświetlający ciemne, rozmyte tło. Ciepłe światło ognia odbija się od metalowej powierzchni, tworząc atmosferę ciszy, skupienia i zadumy. Fotografia symbolicznie przedstawia prawosławną tradycję zapalania świec w intencji bliskich, jako wyraz modlitwy, pamięci i nadziei.
Dla dobrych duchów
Bogato zdobione wnętrze monastyru św. Nauma nad Jeziorem Ochrydzkim w Macedonii Północnej. Fotografia przedstawia sklepienie i kopułę prawosławnej świątyni pokryte wielobarwnymi freskami religijnymi, ukazującymi postacie świętych, aniołów oraz sceny biblijne. Malowidła utrzymane są w odcieniach błękitu, ochry, czerwieni i złota, a ich miejscami wyblakłe kolory świadczą o historycznym charakterze dekoracji. Przez wąskie, półkoliste okna kopuły wpada naturalne światło, rozjaśniające postacie świętych. Na pierwszym planie widoczny jest duży, bogato zdobiony krzyż prawosławny z wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa. Kompozycję przecinają drewniane belki, w tym jedna ozdobiona motywami kwiatowymi. Zdjęcie oddaje atmosferę skupienia i duchowości oraz bogactwo tradycji bizantyjskiej sztuki sakralnej.
Wnętrze monastyru św. Nauma

…

Artysta malujący obraz w pobliżu cerkwi św. Jana Teologa w Kaneo, nad Jeziorem Ochrydzkim w Macedonii Północnej. Mężczyzna w jasnej czapce z daszkiem, szarej koszulce i czerwonej chuście siedzi na składanym stołku przy kamiennym murze, skupiony na pracy nad kolorowym pejzażem. Na trzymanym na kolanach podobraziu widoczne są intensywne odcienie błękitu, zieleni i czerwieni, przedstawiające krajobraz jeziora i okolicznych wzgórz. Obok artysty leżą przybory malarskie, szkice i torby z materiałami. Za kamiennym murkiem rozciąga się błękitna tafla Jeziora Ochrydzkiego, a wokół rosną cyprysy i wysuszone słońcem trawy. Fotografia ukazuje spokojną atmosferę twórczej pracy w jednym z najbardziej malowniczych zakątków Ochrydy.
Malarz uwieczniający cerkiew św. Jana w Kaneo

…

Nocna panorama Ochrydy w Macedonii Północnej, widziana od strony Jeziora Ochrydzkiego. Na pierwszym planie powiewa duża, czerwono-żółta flaga Macedonii Północnej, a w tle na wzgórzu wznosi się monumentalna twierdza cara Samuela, efektownie podświetlona na biało i niebiesko. Poniżej twierdzy rozciąga się zabytkowa zabudowa miasta, której okna i uliczki rozświetlają liczne ciepłe światła. Wzdłuż nabrzeża widoczne są restauracje, spacerujący ludzie, latarnie oraz zacumowane łodzie. Kolorowe refleksy miejskich świateł odbijają się w ciemnej tafli jeziora. Fotografia oddaje tętniącą życiem, wakacyjną atmosferę Ochrydy po zmroku, łącząc historyczny charakter miasta z urokiem nocnego wypoczynku nad wodą.
A Ochryda nie śpi

…

Skopsko Svetlo – jasny lager prosto z Macedonii Północnej
Zielona szklana butelka macedońskiego piwa Zlaten Dab stojąca obok pustej, przezroczystej szklanki z logo tej samej marki. Na etykiecie butelki widnieje duży biały napis „ZLATEN DAB” oraz oznaczenie „Macedonian Lager Beer”. Oba przedmioty ustawiono na jasnym obrusie, a rozmyte tło restauracji nadaje fotografii przytulny, wakacyjny charakter. Ciepłe światło podkreśla intensywną zieleń szkła i delikatne refleksy na szklance. Zdjęcie przedstawia jedną z popularnych marek piwa w Macedonii Północnej, będącą elementem lokalnych smaków poznawanych podczas podróży.
Zlaten Dab
Na stole przykrytym jasnym obrusem stoją dwie niewielkie butelki macedońskiego wina z winnicy Venec. Po lewej znajduje się białe wino Temjanika, a po prawej czerwone Vranec. Obie butelki mają charakterystyczne, kolorowe etykiety z motywem ptaków siedzących na gałęziach. Obok nich ustawiono dwa kieliszki z logo Venec Winery – jeden z jasnym białym winem, drugi z głęboko czerwonym. Delikatnie rozmyte, ciepłe tło restauracji podkreśla spokojną atmosferę wieczornej degustacji i odkrywania lokalnych smaków Macedonii Północnej.
Pyszny Venec na koniec dnia – macedońskie wina Temjanika i Vranec
Na drewnianym stole stoją dwie małe butelki wina z macedońskiej winnicy Bovin, położonej w regionie Tikveš w Macedonii Północnej. Po lewej znajduje się czerwone wino Merlot 2023, a po prawej białe półwytrawne Muscat Temjanika. Pomiędzy butelkami stoi duży kieliszek z niewielką ilością czerwonego wina, ozdobiony logo Bovin Winery. Ciepłe oświetlenie i delikatnie rozmyte tło tworzą atmosferę degustacji, podkreślając bogactwo macedońskich tradycji winiarskich.
Skarby winnicy Bovin – macedońskie wina Merlot i Muscat Temjanika

…

Malowniczy zachód słońca nad Jeziorem Ochrydzkim w Macedonii Północnej. Złociste promienie słońca przebijają się przez ciemne chmury, tworząc świetliste smugi na niebie i ciepłe, pomarańczowe refleksy na tafli jeziora. W tle widać charakterystyczną zabudowę Ochrydy, rozciągającą się na zboczu wzgórza, z zarysem twierdzy Samuela na szczycie. Po prawej stronie na spokojnej wodzie unosi się niewielka motorówka z daszkiem. Nastrojowy widok przedstawia ostatnie chwile dnia w jednym z najbardziej malowniczych miast Macedonii Północnej.
Dobranoc, Ochrydo!

***

ALBANIA

***

Przejście graniczne prowadzące do Albanii, z dużą niebieską tablicą informacyjną z napisem „Republika e Shqipërisë”, oznaczającym Republikę Albanii. Nad napisem widnieje czerwony herb z czarnym dwugłowym orłem, symbolem narodowym Albanii. W tle znajduje się charakterystyczny budynek kontroli granicznej w pomarańczowym kolorze, niewielkie budki strażnicze oraz droga prowadząca przez przejście. Słoneczna pogoda i otaczająca zieleń towarzyszą kolejnemu etapowi bałkańskiej podróży.
Witamy w Albanii

…

Średniowieczna twierdza Berat (Kalaja e Beratit) w Albanii, wznosząca się na wzgórzu ponad miastem. Na zdjęciu widoczne są potężne kamienne mury obronne, baszty z blankami oraz charakterystyczna okrągła wieża po prawej stronie. Fortyfikacje otacza śródziemnomorska roślinność, w tym wysokie drzewa i zielone krzewy porastające suche, nasłonecznione zbocze. Nad zabytkową warownią rozciąga się intensywnie błękitne, bezchmurne niebo. Twierdza stanowi jeden z najważniejszych zabytków Beratu, miasta wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Twierdza Berat – kamienna strażniczka albańskiej historii
Panorama tradycyjnej zabudowy osmańskiej na wzgórzu zamkowym w Beracie w Albanii. Białe, piętrowe domy z charakterystycznymi drewnianymi oknami i dachami pokrytymi ciemną dachówką stoją blisko siebie, tworząc malowniczą zabudowę historycznej części miasta. Poniżej domów widoczne są fragmenty kamiennych murów obronnych twierdzy Berat oraz zbocze porośnięte śródziemnomorską roślinnością, zielonymi drzewami i krzewami. Nad zabytkowymi budynkami rozciąga się intensywnie błękitne niebo. Fotografia ukazuje wyjątkowy charakter Beratu, albańskiego miasta wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, w którym zachowała się wielowiekowa architektura osmańska.
Berat – tradycyjne osmańskie domy

…

Wąska, brukowana uliczka wewnątrz twierdzy Berat w Albanii, prowadząca do tradycyjnego kamiennego domu z drewnianymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Budynek ma bielone kamienne ściany oraz stary dach pokryty nierównymi, czerwonymi dachówkami. Przed wejściem stoją niewielkie doniczki z kolorowymi kwiatami, dodające uroku zabytkowej zabudowie. Po obu stronach uliczki wznoszą się kamienne mury, a intensywne południowe słońce tworzy wyraźne kontrasty światła i cienia. Fotografia ukazuje spokojną, autentyczną atmosferę historycznej części Beratu, gdzie tradycyjna architektura albańska zachowała swój dawny charakter.
urokliwe zakątki wewnątrz średniowiecznej twierdzy
Sobór św. Dymitra w Beracie w Albanii, imponująca prawosławna świątynia o jasnych elewacjach, czerwonych dachach i trzech charakterystycznych kopułach oraz wieżach. Budowlę zdobią półkoliste okna, arkady i dekoracyjne detale architektoniczne. Przed świątynią rozciąga się przestronny plac, po którym spacerują przechodnie. W tle widać tradycyjne domy Beratu, położone na zboczu wzgórza porośniętego bujną zielenią. Intensywnie błękitne niebo podkreśla kontrast między jasną architekturą soboru a otaczającą go przyrodą.
Sobór św. Dymitra w Beracie
Wąska, brukowana uliczka na terenie twierdzy Berat w Albanii, prowadząca pod górę pomiędzy starymi kamiennymi domami. Nierówna nawierzchnia z jasnych kamieni tworzy niewielkie stopnie i zakręty. Po lewej stronie wznosi się tradycyjny budynek o jasnej elewacji, kamiennym parterze i drewnianych oknach, a po prawej znajdują się surowe kamienne mury z łukowatym wejściem. W głębi uliczki widać kolejne zabytkowe zabudowania oraz czerwone dekoracje. Światło słoneczne rozjaśnia dalszą część zaułka, podkreślając historyczny charakter tego miejsca.
spacer wśród historycznej zabudowy Albanii

…

Panorama zabytkowej dzielnicy Mangalem w Beracie w Albanii, znanej z charakterystycznych białych domów o licznych oknach, wznoszących się tarasowo na stromym zboczu wzgórza. Tradycyjne budynki z kamiennymi fundamentami, drewnianymi okiennicami i czerwonymi dachówkami tworzą malowniczą, zwartą zabudowę. U podnóża dzielnicy biegnie nadrzeczna promenada, oddzielona kamiennym murem od rzeki Osum. W tle widoczny jest smukły minaret meczetu oraz zielone wzgórza. Całość rozświetla intensywne słońce na tle bezchmurnego, błękitnego nieba.
Dzielnica Mangalem w Beracie – miasto tysiąca okien nad rzeką Osum
Panorama zabytkowej dzielnicy Gorica w Beracie w Albanii, ukazująca charakterystyczne białe domy z licznymi oknami, kamiennymi ścianami i ciemnymi dachami krytymi dachówką. Tradycyjna zabudowa wznosi się tarasowo na stromym zboczu porośniętym gęstą zielenią i wysokimi drzewami. Na pierwszym planie widoczne są budynki hotelowe, niewielkie lokale gastronomiczne z parasolami oraz ulica biegnąca wzdłuż rzeki Osum. Całość tworzy malowniczy krajobraz historycznego Beratu, nazywanego miastem tysiąca okien.
tradycyjna zabudowa dzielnicy Gorica
Panoramiczny widok na zabytkową dzielnicę Gorica w Beracie w Albanii, położoną na zielonym zboczu wzgórza nad rzeką Osum. Tradycyjne białe domy z licznymi oknami, kamiennymi murami i czerwonymi dachami tworzą charakterystyczną, tarasową zabudowę. Na pierwszym planie płynie spokojna rzeka Osum, której brzegi porastają trawy i niska roślinność. Za historycznymi budynkami wznosi się wzgórze pokryte gęstym lasem, a w oddali widoczne są majestatyczne góry. Całość rozświetla letnie słońce na tle intensywnie błękitnego nieba.
Berat nad rzeką Osum

…

Kolorowy półmisek świeżych owoców podany na drugie śniadanie podczas podróży po Albanii. Na ozdobnym talerzu ułożono soczyste kawałki arbuza, melona, brzoskwiń i nektarynek, plasterki banana, połówki fig oraz kiść jasnych winogron. Owoce tworzą efektowną kompozycję pełną intensywnych kolorów – od czerwieni i pomarańczu po żółć i zieleń. Talerz stoi na stole przykrytym białym obrusem z niebieskimi zdobieniami. Obok widoczna jest szklanka wody oraz fragment talerza z serem, oliwkami i warzywami.
Przepyszna sałatka owocowa na drugie śniadanie – kolorowe smaki Albanii

***

ŻEGNAMY BAŁKANY

***

Do widzenia, Albanio! Do widzenia, Bałkany!

…

Tradycyjny włoski posiłek ze straccetti di manzo al sugo, czyli cienkich kawałków wołowiny podanych w gęstym, brązowym sosie. Na stole stoją dwa talerze z mięsem, półmisek gotowanych warzyw z marchewką, zieloną fasolką i kalafiorem oraz talerz ze świeżymi pomidorami i kulą mozzarelli. Posiłkowi towarzyszą plastikowe kubeczki z czerwonym i białym winem oraz butelki włoskiego wina. Całość podana jest na prostym, szarym blacie, tworząc obraz nieskomplikowanej, sycącej włoskiej kolacji.
Straccetti di manzo al sugo – włoska wołowina w sosie z warzywami i winem

***

WŁOCHY

***

BARI

Panorama włoskiego miasta Bari widziana od strony Morza Adriatyckiego. W centrum kadru wznosi się wysoka, biała latarnia morska Faro di San Cataldo, otoczona zabudową miejską, apartamentowcami i budynkami portowymi. Na pierwszym planie rozciąga się błękitna tafla morza z delikatnymi falami, a nad miastem dominuje rozległe niebieskie niebo z lekkimi chmurami. Słoneczny widok przedstawia nadmorski charakter Bari, stolicy włoskiego regionu Apulia.
Dzień dobry, Bari!

…

Świeżo upieczona włoska pinsa o podłużnym, prostokątnym kształcie, podana na niebieskim ceramicznym talerzu w restauracji w Bari. Na chrupiącym, lekko przypieczonym cieście znajdują się sos pomidorowy, roztopiona mozzarella, szynka, czarne oliwki, pieczarki i karczochy. Apetyczna pinsa, podana na stoliku, stanowi przykład włoskiej kuchni i pomysł na śniadanie podczas podróży po Apulii.
Pinsa na śniadanie – włoskie smaki w Bari

…

S.

…

Panoramiczny widok na włoskie wybrzeże Adriatyku w słoneczny letni dzień. Turkusowo-niebieskie morze pokrywają liczne białe fale, wśród których kąpią się turyści i wypoczywają miłośnicy sportów wodnych. W oddali rozciąga się szeroka, piaszczysta plaża z rzędami parasoli, nadmorską zabudową i charakterystycznym budynkiem na palach wysuniętym w morze. Zdjęcie przedstawia wakacyjną atmosferę popularnego włoskiego kurortu nad Adriatykiem.
Adriatyk w pełni lata – plaża, fale i kąpielisko w S.
Rozległy, brukowany plac otoczony półkolistym budynkiem z czerwonej cegły, arkadami, kolumnami i charakterystycznymi półokrągłymi oknami. Pod białymi parasolami rozstawiono niewielkie stoisko targowe oferujące świeże owoce i warzywa. W tle widoczne są samochody dostawcze oraz wejścia do budynku. Słoneczna pogoda i historyczna architektura nadają temu miejscu charakter tradycyjnego włoskiego rynku.
Forum czy rynek miasta? – klimatyczny plac targowy we Włoszech

…

Wąska, brukowana uliczka w historycznym centrum włoskiego miasta, otoczona kamienicami z ceglanymi elewacjami, drewnianymi okiennicami i ozdobnymi latarniami. Na końcu ulicy wznosi się ceglany kościół z okrągłą rozetą, dzwonnicą i krzyżem na szczycie. Wzdłuż budynków ustawiono donice z drzewkami, zaparkowane rowery oraz stoliki niewielkiej kawiarni. Intensywne południowe słońce tworzy wyraźną granicę między cieniem a oświetlonym brukiem, oddając atmosferę spokojnego włoskiego miasteczka.
Miasto w południe – miasto odpoczywa, my nie
Turkusowo-zielona rzeźba Penelopy przedstawiająca kobietę z pochyloną głową i długimi włosami, umieszczona na kamiennym nabrzeżu. Metalowa figura pokryta charakterystyczną patyną ukazuje górną część kobiecego ciała, wyłaniającą się z fal. U podstawy rzeźby widoczne są liczne kłódki pozostawione przez odwiedzających. W tle rozciąga się błękitne Morze Jońskie i jasne, niemal bezchmurne niebo.
Penelopa

…

Turysta w białej koszuli, jasnych szortach i okularach przeciwsłonecznych odpoczywa na ławce, z pochyloną głową, obok brązowej rzeźby siedzącego mężczyzny. Figura w historycznym stroju ma na głowie jasny kapelusz, a jej wyciągnięta ręka spoczywa tuż obok turysty. Scena sprawia wrażenie, jakby obaj odpoczywali razem, zmęczeni letnim upałem. W tle widoczne są drzewa, parkowa alejka i skąpana w słońcu zieleń.
Zmęczeni upałem – chwila odpoczynku w nietypowym towarzystwie

…

Elegancko podane antipasto crudo, czyli włoska przystawka z surowych owoców morza i ryb, na podłużnym białym talerzu. Na pierwszym planie znajduje się świeża ostryga w otwartej muszli, obok tatar z ryby posypany pistacjami i kremowy dodatek. Dalej widoczne są krewetka z marynowaną czerwoną cebulą, plastry surowej ryby z ziołami, migdałami i oliwą oraz pozostałe delikatne przystawki. Kompozycja prezentuje bogactwo smaków włoskiej kuchni śródziemnomorskiej.
Antipasto crudo

…

Okrągła włoska pizza z grubymi, puszystymi i lekko przypieczonymi brzegami, podana na ceramicznym talerzu. Na cienkim cieście z sosem pomidorowym ułożono kawałki anchois, suszone pomidory, zielone liście, kapary oraz niewielkie porcje białego kremowego sera. Całość posypano ziołami, tworząc kolorową, apetyczną kompozycję. Pizza wyróżnia się rustykalnym wyglądem i charakterystycznymi składnikami kuchni śródziemnomorskiej.
Autorska pizza – włoska kompozycja smaków na talerzu
Zbliżenie na kawałek włoskiej focacci carbonara podany na ceramicznym talerzu. Puszyste, dobrze wyrośnięte ciasto o chrupiącej, złocistej skórce pokryte jest kremowym, żółtym sosem oraz kawałkami rumianego, chrupiącego boczku. Widoczny przekrój ukazuje lekką, porowatą strukturę pieczywa. W tle znajdują się pozostałe kawałki pizzy z pomidorami i serem.
Focaccia carbonara – rozkosz z chrupiącym boczkiem
Włoski makaron paccheri z owocami morza, podany w dużej, okrągłej metalowej patelni z dwoma uchwytami. W aromatycznym, pomidorowo-owocowym sosie znajdują się duże rurki makaronu, czarne muszle małży, langustynka oraz krab ułożony na środku potrawy. Całość doprawiona jest ziołami i podana na białym obrusie, tworząc apetyczną kompozycję śródziemnomorskich smaków.
makaron paccheri z owocami morza
Mieszany talerz grillowanych ryb i owoców morza przygotowanych w stylu regionu Marche we Włoszech. Na dużym, białym talerzu znajdują się grillowane langustynki, panierowane kawałki ryb, krewetki, małże zapiekane z aromatyczną bułką tartą oraz przegrzebek w muszli. Całość posypana jest świeżą natką pietruszki i podana z ćwiartką cytryny.
Grigliata mista di pesce impanata alla marchigiana – włoskie owoce morza w stylu regionu Marche

…

SAVIGNANO SUL RUBICONE

…

Tablica informacyjna nad rzeką Rubikon we Włoszech, upamiętniająca historyczne przekroczenie jej przez Juliusza Cezara w 49 roku p.n.e. Na metalowym słupie widnieje napis „Rubicone”, symbol rzeki oraz dwie czerwone tablice z nazwami „ROMA” i „GALLIA”, nawiązujące do dawnej granicy między Italią a Galią Przedalpejską. W tle błękitne niebo, zielone drzewa i fragment włoskiej zabudowy.
Na antycznej granicy – Rubikon, Cezar i historia, która zmieniła Rzym
Pomnik Gajusza Juliusza Cezara w Savignano sul Rubicone we Włoszech, przedstawiający rzymskiego wodza w pełnej postaci, ubranego w ozdobną zbroję i płaszcz. Pokryta zielonkawą patyną figura stoi na jasnym kamiennym cokole z łacińską inskrypcją „C. IVLIO CAESARI DICT. PERPETVO”. W tle widoczne są zabudowania miasta i zieleń. Pomnik nawiązuje do historycznego przekroczenia Rubikonu przez Cezara w 49 roku p.n.e.
Pomnik Gajusza Juliusza Cezara w Savignano sul Rubicone
Rzeka Rubikon we Włoszech, znana z historycznego przekroczenia jej przez Juliusza Cezara w 49 roku p.n.e. Fotografia przedstawia wąskie, płytkie koryto rzeki z ciemną, spokojnie płynącą wodą, kamienistym dnem i brzegami porośniętymi bujną zieloną roślinnością. Niepozorny strumień kontrastuje z ogromnym znaczeniem historycznym Rubikonu, którego przekroczenie zapoczątkowało wojnę domową w starożytnym Rzymie.
Rubikon – taka niepozorna rzeka

…

Zabytkowy Ponte Consolare w Savignano sul Rubicone we Włoszech, kamienny most o rzymskich korzeniach, przerzucony nad rzeką Rubikon. Fotografia przedstawia masywne kamienne łuki mostu, zbudowane z dużych jasnych bloków i zwieńczone ceglaną balustradą. W tle widoczne są drzewa, bujna roślinność oraz zabudowania włoskiego miasteczka. Most stanowi świadectwo rzymskiego dziedzictwa regionu i nawiązuje do historii Juliusza Cezara.
Ponte Consolare – starożytny rzymski most

…

Podróżnik stojący boso w płytkim, kamienistym korycie rzeki Rubikon we Włoszech, w miejscu nawiązującym do historycznej decyzji Juliusza Cezara z 49 roku p.n.e. Mężczyzna ubrany w białą koszulę i jasne krótkie spodnie uśmiecha się do aparatu. Wokół widoczne są jasne skały, niewielki strumień wody, kamienny brzeg i dzika roślinność. Zdjęcie symbolicznie nawiązuje do słynnych słów „Alea iacta est” – „Kości zostały rzucone”.
Alea iacta est – kości zostały rzucone!

***

SAN MARINO

***

Godło Republiki San Marino przedstawione na ozdobnej tablicy. W centralnej części widoczna jest tarcza z trzema srebrnymi wieżami na zielonych wzgórzach, symbolizującymi słynne twierdze Guaita, Cesta i Montale na Monte Titano. Nad tarczą znajduje się złota korona, a po bokach gałązki laurowa i dębowa. Pod herbem widnieje wstęga z napisem „Libertas”, oznaczającym wolność, oraz napis „Repubblica di San Marino”.
Godło Republiki San Marino – trzy wieże i symbol wolności

…

Bazylika św. Maryna w San Marino, z charakterystyczną neoklasycystyczną fasadą ozdobioną sześcioma kolumnami korynckimi i trójkątnym frontonem. Po prawej stronie widoczna jest kamienna dzwonnica oraz fragment sąsiadującego kościoła św. Piotra. Szerokie schody prowadzą do głównego wejścia, przed którym spacerują turyści. Jasna kamienna architektura świątyni kontrastuje z intensywnie błękitnym niebem.
Bazylika św. Maryna (Basilica di San Marino)

…

Wnętrze Bazyliki św. Maryna w San Marino, z wysokimi kolumnami o korynckich kapitelach i bogato zdobionym sklepieniem kolebkowym. Jasne, kremowe dekoracje przedstawiają geometryczne kasetony i motywy roślinne. W głębi świątyni znajduje się ołtarz ze statuą św. Maryna, nad którym wisi krucyfiks. Drewniane ławki prowadzą wzdłuż nawy głównej, a przy ołtarzu i w bocznych nawach widoczni są zwiedzający.
Wnętrze Bazyliki św. Maryna w San Marino – neoklasycystyczna architektura
Zabytkowa jasna dzwonnica z widocznym dzwonem, a poniżej znajdują się historyczne budynki i kamienna brama, przez którą przechodzą turyści. Wąska uliczka, kamienne balustrady i średniowieczna zabudowa podkreślają historyczny charakter stolicy San Marino.
Città di San Marino – kamienne mury, zabytkowa dzwonnica i uliczki starego miasta
Panoramiczny widok z murów obronnych średniowiecznej wieży Guaita w San Marino. Przez otwór pomiędzy masywnymi kamiennymi blankami rozciąga się krajobraz łagodnych wzgórz, zielonych dolin, pól uprawnych i niewielkich skupisk zabudowań. Na horyzoncie widoczne są kolejne pasma wzgórz, a nad nimi rozpościera się intensywnie błękitne, bezchmurne niebo. Surowe kamienne mury twierdzy tworzą naturalną ramę dla rozległej panoramy.
Widok z murów obronnych wieży Guaita – panorama wzgórz San Marino
Średniowieczna twierdza Guaita, znana również jako La Rocca, w San Marino. Na skalistym wzgórzu wznosi się masywna kamienna wieża z dzwonnicą oraz wysokie mury obronne zwieńczone charakterystycznymi blankami. U podnóża twierdzy znajduje się niewielki kamienny budynek z łukowym wejściem. Na brukowanej ścieżce prowadzącej wzdłuż murów spacerują turyści. Nad zabytkową fortecą rozciąga się błękitne niebo.
Wieża Guaita (La Rocca) – najstarsza twierdza San Marino na szczycie Monte Titano

…

Oficer Gwardii Twierdzy San Marino (Guardia di Rocca) pełniący wartę przed wejściem do budynku rządowego. Strażnik stoi na baczność w tradycyjnym mundurze z ciemnozieloną kurtką, bordowymi spodniami i ozdobnym sznurem przewieszonym przez pierś. Na głowie ma charakterystyczne nakrycie z emblematem, a na dłoniach białe rękawiczki. Przy jego boku widoczna jest broń ceremonialna. Ciemne tło wejścia podkreśla uroczysty charakter pełnionej służby.
Oficer Gwardii Twierdzy San Marino
Palazzo Pubblico, czyli Pałac Publiczny w San Marino, stojący przy Piazza della Libertà. Monumentalny neogotycki budynek z jasnego kamienia wyróżnia się wieżą zegarową zwieńczoną blankami i dzwonnicą. Fasada ozdobiona jest ostrołukowymi oknami, herbami oraz balkonem z flagą San Marino. Na parterze znajdują się trzy arkadowe wejścia, a przed pałacem spacerują turyści. W tle rozciąga się intensywnie błękitne niebo.
Palazzo Pubblico w San Marino – siedziba władz najstarszej republiki świata
Brązowa rzeźba „Uczennica baletu” autorstwa włoskiego artysty Venanza Crocettiego, znajdująca się w San Marino. Przedstawia młodą baletnicę z włosami upiętymi w kok, pochylającą głowę i unoszącą jedną nogę, którą przytrzymuje dłonią. Postać ubrana jest w krótki strój baletowy i stoi na niewielkim cokole. Zielonkawoniebieska patyna rzeźby kontrastuje z gęstą, ciemnozieloną roślinnością w tle.
„Uczennica baletu” – rzeźba Venanza Crocettiego

…

Rozległa panorama Borgo Maggiore i okolic San Marino widziana z wysokości Monte Titano. Na pierwszym planie rozciąga się zabudowa miasta z charakterystycznymi czerwonymi dachami, krętymi ulicami i budynkami otoczonymi zielenią. Dalej widoczne są łagodne wzgórza, pola uprawne i niewielkie miejscowości rozsiane po krajobrazie regionu Emilia-Romania. Na odległym horyzoncie można dostrzec błękitne wody Morza Adriatyckiego, niemal zlewające się z bezchmurnym niebem.
Borgo Maggiore i Adriatyk – panorama San Marino z wysokości Monte Titano
Rozległa panorama górzystego krajobrazu wokół San Marino, widziana ze szczytu Monte Titano. Łagodne wzgórza Apeninów pokrywają złociste pola uprawne, zielone lasy i niewielkie miejscowości z charakterystycznymi czerwonymi dachami. W oddali wznoszą się skaliste grzbiety i wyższe szczyty górskie, tworzące malowniczą panoramę na tle intensywnie błękitnego, bezchmurnego nieba.
San Marino – malownicza panorama Apeninów z Monte Titano
Panoramiczny widok z góry Monte Titano w San Marino na rozległe wzgórza i doliny Apeninów. Na pierwszym planie widoczne są budynki z charakterystycznymi czerwonymi dachówkami, otoczone bujną zielenią. W oddali rozciąga się malowniczy krajobraz zielonych lasów, złocistych pól uprawnych i łagodnych górskich grzbietów. Całość dopełnia intensywnie błękitne, bezchmurne niebo, podkreślające słoneczną atmosferę letniego dnia.
panorama wzgórz San Marino i Apeninów

***

NIEMCY

***

DACHAU

…

Czarno-białe zdjęcie przedstawiające Jourhaus, historyczny budynek bramy wejściowej do byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Dachau w Niemczech. Nad centralnym przejściem z metalową bramą wznosi się charakterystyczna drewniana wieżyczka strażnicza. Przed budynkiem widoczni są zwiedzający zmierzający w kierunku wejścia na teren miejsca pamięci. Surowa architektura, otaczające drzewa i monochromatyczna kolorystyka podkreślają powagę oraz tragiczne znaczenie historyczne tego miejsca.
Jourhaus – historyczny budynek bramy wejściowej do obozu koncentracyjnego Dachau

…

Czarno-białe zdjęcie przedstawiające zbliżenie na metalową bramę byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Dachau w Niemczech, z cynicznym napisem „Arbeit macht frei” („Praca czyni wolnym”). Żelazna konstrukcja z charakterystycznymi geometrycznymi zdobieniami wypełnia większość kadru. W tle widoczny jest fragment budynku Jourhaus oraz teren dawnego obozu. Monochromatyczna fotografia podkreśla surowość miejsca i stanowi przypomnienie o cierpieniu więźniów oraz zbrodniach nazistowskiego systemu obozów koncentracyjnych.
Arbeit macht frei
Czarno-biała fotografia przedstawiająca teren byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Dachau w Niemczech. Na pierwszym planie widoczne są prostokątne, żwirowe powierzchnie otoczone betonowymi obramowaniami, wyznaczające miejsca, w których niegdyś stały baraki więźniarskie. W głębi kadru znajdują się zachowane lub zrekonstruowane baraki oraz rząd wysokich topoli. Puste przestrzenie, surowy krajobraz i pochmurne niebo podkreślają atmosferę zadumy nad tragiczną historią tego miejsca.
fundamenty dawnych baraków więźniarskich w obozie koncentracyjnym
Czarno-biała fotografia przedstawiająca historyczne piece krematoryjne w budynku krematorium byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Dachau w Niemczech. Na zdjęciu widoczne są dwa murowane z cegły piece z otwartymi metalowymi drzwiczkami oraz wysuniętymi szynami służącymi do wprowadzania ciał do komór spalania. Surowe wnętrze, masywne konstrukcje pieców i monochromatyczna kolorystyka podkreślają tragiczny charakter tego miejsca, będącego świadectwem zbrodni nazistowskich i cierpienia więźniów obozu.
piece krematoryjne w byłym nazistowskim obozie koncentracyjnym
Czarno-biała fotografia przedstawiająca kamienną płytę upamiętniającą Grób Prochów na terenie miejsca pamięci byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Dachau w Niemczech. Na prostokątnej płycie, otoczonej trawą, widnieje napis w trzech językach: „ASH-GRAVE”, „ASCHENGRAB” i „TOMBE DE CENDRES”, oznaczający grób prochów. To miejsce spoczynku prochów ofiar obozu, przypominające o zamordowanych więźniach i tragicznej historii Dachau. Monochromatyczna kolorystyka podkreśla powagę i charakter tego miejsca pamięci.
Grób Prochów (Aschengrab), miejsce pamięci ofiar obozu koncentracyjnego

…

Fotografia przedstawiająca pomnik Chrystusa Frasobliwego na terenie miejsca pamięci byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Dachau w Niemczech. Na tle kamiennego muru znajduje się ciemna rzeźba cierpiącego Chrystusa w koronie cierniowej, otoczona czterema tablicami pamiątkowymi z napisami w językach polskim, niemieckim, francuskim i angielskim. Tablice przypominają o polskich duchownych więzionych i zamordowanych w Dachau. U stóp rzeźby umieszczono biało-czerwone wstążki, symbolizujące pamięć o ofiarach. Czarno-biała kolorystyka fotografii, z wyeksponowanymi barwami polskiej flagi, podkreśla powagę i symboliczne znaczenie tego miejsca.
pomnik Chrystusa Frasobliwego upamiętniający polskich księży więzionych w obozie koncentracyjnym

…

Czarno-biała fotografia fragmentu tablicy pamiątkowej z nazwiskami członków rodziny Bogdańskich, którzy zginęli podczas II wojny światowej. Widoczne są nazwiska Bogdański Jakub, Bogdański Feliks i Bogdański Stefan oraz informacje o miejscach i datach ich śmierci, między innymi w obozach Auschwitz, Dachau i w Palędzie. Zdjęcie wykonane w miejscu pamięci, dokumentujące tragiczne losy Polaków podczas niemieckiej okupacji.
członkowie rodziny Bogdańskich, ofiary niemieckich obozów

***

I to byłoby na tyle! Dużo tego wszystkiego, ale przecież i podróż była DUŻA i niezwykle ciekawa!
Tyle miejsc, tyle uczuć i zaangażowanych zmysłów.
A jeśli dotarłeś lub dotarłaś aż tutaj, to przede wszystkim gratuluję wytrwałości! 🙂 I mam dla Ciebie mały prezent. Coś dla najważniejszego ze zmysłów — smaku!
Na zakończenie tej podróży zostawiam Ci przepis na prawdziwe, bałkańskie ćevapčići. Bo przecież podróżować trzeba także i podniebieniem!
Smacznego! 🙂

Ćevapčići – prawdziwy smak Bałkanów!

Małe, niepozorne wałeczki mięsa, pieczone na rozgrzanym ruszcie. Bez panierki, bez wymyślnych dodatków, za to z intensywnym aromatem grillowanej wołowiny. Do tego ciepły chlebek, posiekana cebula i odrobina kajmaku.

Proste? Bardzo! Ale właśnie w tej prostocie tkwi cały sekret.

Na Bałkanach każdy kraj, a czasem nawet każde miasto, ma swoją wersję ćevapčići. Poniższy przepis inspirowany jest tradycyjnymi bośniackimi ćevapčići – jak u Samira:-)

Składniki na 4 porcje

  • 800 g wołowiny (najlepiej łopatka lub kark)
  • 200 g tłustszej wołowiny lub tłuszczu wołowego
  • 18 g soli
  • 2 ząbki czosnku
  • 70 ml bardzo zimnej wody gazowanej
  • 2 g sody oczyszczonej (opcjonalnie)

Dodatki

  • Chlebki somun lub lepinja
  • 1–2 białe cebule
  • Kajmak (bałkański kremowy produkt mleczny)
  • Opcjonalnie ajvar, czyli bałkańska pasta z pieczonej papryki

Przygotowanie

  1. Przygotowanie mięsa. Mięso powinno zawierać około 20% tłuszczu. Zmiel je dwukrotnie na drobnym sitku. Odpowiednia ilość tłuszczu sprawi, że ćevapčići będą soczyste.
  2. Wyrabianie. Do mięsa dodaj sól, zimną wodę gazowaną i ewentualnie sodę. Czosnek rozgnieć, zalej niewielką ilością wody, odstaw na kilka minut, a następnie dodaj do mięsa sam aromatyczny płyn. Wyrabiaj całość przez około 8–10 minut, aż masa stanie się zwarta i kleista.
  3. Odpoczynek. Przykryj miskę i wstaw mięso do lodówki na 12–24 godziny. Ten etap jest bardzo ważny — mięso nabierze odpowiedniej konsystencji i smaku.
  4. Formowanie. Zwilż dłonie zimną wodą i formuj niewielkie wałeczki o długości około 6–8 cm i grubości 2 cm. Nie powinny być zbyt grube, aby równomiernie się upiekły.
  5. Grillowanie. Rozgrzej grill do średnio wysokiej temperatury. Piecz ćevapčići przez około 8–10 minut, regularnie obracając. Powinny być pięknie zarumienione z zewnątrz, soczyste w środku i całkowicie dopieczone (temperatura wewnętrzna około 71°C).
  6. Przygotowanie pieczywa. Chlebki somun lub lepinja przekrój i podgrzej na ruszcie. Możesz skropić je odrobiną soków z grillowanego mięsa, dzięki czemu nabiorą dodatkowego aromatu.
  7. Podanie. Włóż gorące ćevapčići do ciepłego chlebka, dodaj sporą porcję drobno posiekanej surowej cebuli i podawaj z kajmakiem. Jeśli lubisz, możesz dołożyć odrobinę ajvaru.

Trzy sekrety prawdziwych ćevapčići.

  • Dobre mięso i odpowiednia ilość tłuszczu. Zbyt chude mięso sprawi, że ćevapčići będą suche.
  • Cierpliwość. Pozostawienie mięsa w lodówce na kilkanaście godzin poprawia jego konsystencję.
  • Ogień i aromat. Najlepsze ćevapčići powstają na grillu węglowym. Nie grilluj ich jednak bezpośrednio w płomieniach.

***

Czy eksperyment się udał?
Ocenę tego pozostawiam Wam — czytelnikom.

Ja sam odkryłem coś ciekawego. Okazało się, że wiele zdjęć doskonale współgra z tym, co opisywałem wcześniej. Z emocjami, wspomnieniami i wrażeniami, które próbowałem ubrać w słowa.

A to oznacza, przynajmniej moim skromnym zdaniem, że udało mi się odtworzyć nie tylko przebieg naszej podróży, ale również uczucia i doznania, które nam wtedy towarzyszyły.

Bo była to podróż niezwykle intensywna. Nie tylko pod względem pokonanych kilometrów i odwiedzonych miejsc, ale przede wszystkim tego, co pozostawiła w naszych sercach i głowach.

Bo Bałkanów nie wystarczy zobaczyć. Bałkany trzeba poczuć. Wszystkimi zmysłami.

I chyba właśnie o to chodziło w całym tym eksperymencie.

Dziękuję, że byliście z nami! 🙂

…

Uśmiechnięta para podróżników w okularach przeciwsłonecznych, stojąca przed samochodem. Mężczyzna w jasnym kapeluszu i białej koszuli, kobieta z blond włosami. Wspólne selfie upamiętniające bałkańską podróż, pełną przygód, emocji i niezapomnianych wrażeń.
A to my — sprawcy całego tego zamieszania! Tysiące kilometrów, mnóstwo wspomnień i jeszcze więcej powodów, żeby znów ruszyć w drogę. Bo przecież najpiękniejsze podróże to te, które przeżywa się razem! 🙂

Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnych zbiorów i są wyłącznie moją własnością.
Zgodnie z przepisami prawnymi, bez wyraźnej zgody autora zabronione jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub cytowanie w całości lub części treści tekstu i zdjęć
Na wszelkie pytania odpowiem bardzo chętnie w komentarzu lub mailowo.

Podróż odbyła się w sierpniu 2026 roku.

Loading

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *